piątek, 14 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliver'a

Ciekawy człowiek, nie powiem, że nie. Buntownik, widać na pierwszy rzut oka. Po kilku sekundach rozmowy, z jako takim pojęciem o moim charakterze, szybko doszłam do wniosku, że będzie ciężko, ale z drugiej strony ciekawie.
- Idziesz, czy będziesz tu tak stać? - zapytał odwrócony. Przewróciłam oczami.
- Nie sądzę, abym miała jakikolwiek wybór - odparłam, zrównując się z nim w kilku krokach. - To dokąd teraz panie przewodniku? - syknęłam.
- Jeszcze raz...
- Oj przymknij się - warknęłam. - Przestań po prostu zgrywać ważniejszego niż jesteś. Buntownik. Każdy taki sam. Myślą, że lepsi, a nie są - mruczałam pod nosem. Nienawidzę ludzi, którzy o wszystko się denerwują, nawet zaczepić nie można. Weź tu z takim wytrzymaj.
- To się na chwilę ogarnij - warknął. Tak?
- Dobrze - odparłam i cicho podążyłam za nią.
- Tylko tyle? - zakpił.
- Nie zwykłam kłócić się z zarozumiałymi dupkami - odparłam najspokoniej jak potrafiłam. To najdoskonalszy sposób na zdenerwowanie drugiej osoby.
- Kim przepraszam? To powrót do podstawówki, czy jak? - doszliśmy do drzwi ogromnego budynku. Był piękny. Cały ze szkła, stal była niemal niewidoczna, wmieszana w całą konstrukcję w prawie perfekcyjny sposób. Zawsze marzyłam żeby znaleźć się wśród swoich... jednak nie myślałam, że spotkam tutaj tego irytującego typa.
- Nie pomyślałeś, że niektórzy mogą być bardziej wyrafinowani od ciebie? - rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Wpiłam się w jego oczy. Były czarne, nie potrafiłam odróżnić tęczówek od źrenic. Zastanawiałam się, ile osób ugięło się pod tym wzrokiem, ile cofnęło się. Nie obchodzi mnie to. Ja się nie cofnę. Choćbym miała paść przed tym aniołem zniszczenia trupem. Albo nie nazywam się Draxler.
- Przodem - popchnął mnie w stronę drzwi. Na chwilę straciłam równowagę, lecz momentalnie ją odzyskałam. W środku uderzyło mnie bardzo nowoczesne wnętrze. Nie to, co mój Brooklyn, który przed te sześćdziesiąt lat chyba się ani trochę nie zmienił. Wyidealizowana biel, będąca w symbiozie z technologią, która nas otaczała zawsze i wszędzie. Dlatego wolałam pustkowia. Tam nikt mnie nie oceniał i nie kontrolował... miałam przynajmniej taką nadzieję. - W lewo - warknął. W sumie dobry byłby z niego pies obronny. Taki wściekły Rottweiler to nie miałby z nim najmniejszych szans. Wyglądałoby to jak pojedynek szczeniaka z najsurowszym treserem lwów. Na myśl przyszło mi pytanie, czy ja też taka jestem, ale po chwili rozwiałam wątpliwości. Ja przynajmniej potrafię okazać szacunek... jeśli chcę.
- Czy byłbyś tak łaskawy i wyjaśnił, dokąd idziemy? - zapytałam z nutą ironii w głosie. Westchnął.
- Do głównej sali. Jak sama nazwa mówi, to najważniejsze miejsce. Na ważne okazje, ogłoszenia i inne bzdury - przekręciłam oczami. Ma mnie za idiotkę? Chyba wiem, po co są takie pomieszczenia.
- Długo tutaj jesteś? - zapytałam po chwili wahania. Dość kruchy lód, jeden błąd i wpadnę do wody, z której już chyba nikt mnie nie wyciągnie.
- Naprawdę myślisz, że ci odpowiem?
- Tak właśnie myślałam - przyznałam.
- Ogromny błąd.
- Czy ja wiem. Przynajmniej nie warczysz.
- Chyba się przesłyszałem - prychnął i zatrzymał się. Zwróciłam się do niego przodem i lekko uniosłam głowę. Niby tylko trochę wyższy, ale wystarczająco, aby mieć  przewagę.
- Kłopoty ze słuchem? Mogę powtórzyć, jeśli chcesz.

Oliver?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz