Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hailey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hailey. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliviera

Idę skoczyć... Te słowa zapaliły czerwoną lampeczką w mojej głowie. Zwykle nie kalkulowałam, czy to żart, po prostu przerywałam to. Chłopak podniósł się i odwrócił, ale zanim zdążył zrobić krok, wskoczyłam mu na plecy, przez co się z hukiem przewrócił, a ja z nim. Nie to złe określenie... na niego. Wydał z siebie niemal niesłyszalny jęk, po czym podniósł się na dłoniach i przeturlał się na mnie, po czym zręcznie się odwrócił aby być twarzą do mnie, rękoma złapał mnie za przeguby i przyszpilił do ziemi.
- Co to było?!
- Akcja ratunkowa w akcie desperacji - wyszczerzyłam się. Z całej siły pchnęłam do z jednej strony, przeturlaliśmy się, tym razem on leżał. Wygodnie usadowiłam się tuż nad jego biodrami. - A więc... Olivierze jakiś tam, bo nazwiska mi nie podałeś, czy uczynisz mnie ten zaszczyt i przestaniesz strugać z siebie wariata, który chce zginąć w najgorszy dla mnie możliwy sposób? - po tych słowach, złapałam go za koszulkę, tuż przy szyi. - Jeszcze raz mi to zrobisz i będę musiała ci wydłubać te cholernie cudowne oczy i pozbawić cię szansy na dotarcie do tej jebanej krawędzi, jasne?!
- Mam cudowne oczy?
- Wpadka natury przy tworzeniu cię o władco ciemności - puściłam jego koszulkę.
- A tak poza, to nie za wygodnie ci?
- Czy ja wiem... kościsty jesteś - skrzywiłam się.
- I kto tu czego chce? - uniósł brew. Położyłam dłonie po bokach jego głowy i się schyliłam.
- Ja tylko błagam o wybaczenie - szepnęłam.
- Tak? - odparł też szeptem.
- Mhm, ale cicho, ty nic nie wiesz.
- Okey - ledwo powstrzymywał śmiech.
- Ej Olivier.
- Co? - burknął. Huśtawki nastrojów czy jak?
- Nie skacz. Nie warto. Tylko sobie coś łamiesz.
- Skąd taki wniosek? - odwróciłam głowę, w tym momencie widok wysokości i koron drzew, ciągnących się ku horyzontowi, mi nie przeszkadzał.
- Z doświadczenia.
- Jak to? - podniósł się i odparł na łokciach, jednak nie zrzucił mnie z siebie.
- Normalnie. Przed Brooklynem, mieszkaliśmy w Paryżu. Do naszego domu dostał się zarażony, było ich więcej i więcej. Miałam przeskoczyć na dach sąsiedniego budynku. Od zawsze bałam się wysokości... no i wtedy słuszność tego strachu się potwierdziła - spojrzałam mu w oczy. - A czy ty wiesz, jak to jest mieć złamaną nogę w trzech miejscach?
- Nie - odparł.
- To dobrze, bo to nic ciekawego. Więc nie skacz aniołeczku, bo sobie daleko nie polatasz - dziwnie się na mnie patrzył, ze smutkiem. - Nie patrz się tak, bo naprawdę coś ci zrobię.
- Co? - wyszczerzył się.
- Wytnę oczy, wrzucę do szklanki i postawię sobie przy łóżku.
- Twarda sztuka z ciebie.
- I to mówi chłopak o metalowym uścisku? Proszę cię, kajdanki są wygodniejsze!
- Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Ja? Znikąd...
- Haile...
- No okey, może z raz zgarnęli mnie do domu, jak się pałętałam po mieście nocą... I nie dasz rady wytłumaczyć, że doskonale wiesz, gdzie jesteś - skrzyżowałam ręce na piersi.

Olivier?

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliviera

- Chętnie powtórzę - zaśmiałam się.
- Jesteś niemożliwa - jego dłoń nadal ściskała moją rękę tuż nad nadgarstkiem.
- Jeszcze nie znasz moich możliwości - próbowałam się wywinąć, jego uścisk był jakby ze stali.
- Lubię wyzwania.
- Ja też - wyszczerzyłam się, aby po chwili skrzywić. - Z czego ty jesteś zrobiony?
- Zdania są podzielone.
- Dobrze, to jeśli nie chcesz mnie puścić, to chociaż chodźmy - odparłam. Kiwnął głową i pociągnął mnie w stronę drzwi. Musiałam się nieźle wysilić, żeby dorównać mu kroku, pomimo że byłam niewiele niższa od niego. Doszliśmy do klatki schodowej, która zresztą znajdowała się bardzo blisko sali treningowej. Oparłam się jednym ramieniem o ścianę, w tym czasie Olivier męczył się z kluczami. Podobno te schody prowadziły wyłącznie na dach, nigdzie indziej.
- Daj to - odparłam wyciągając rękę, niechętnie oddał mi brzęczący pęk.
- Proszę bardzo, próbuj - przejrzałam klucze, ene due... ten. Wzięłam jeden z nich w dłoń, wsadziłam do zamka i przekręciłam. - Głupi ma zawsze szczęście.
- Nie da się zaprzeczyć, skoro mnie spotkałeś - wybuchnęłam krótkim śmiechem. Otworzył drzwi.
- Panie przodem - spojrzałam do pomieszczenia. Nie podoba mi się to.
- Ile tu jest schodów? - zapytałam, nie ruszając się z miejsca.
- Nie chcesz widzieć - złapał mnie za ramię i zręcznie wpechnął na klatkę. - Musisz iść pierwsza, żebym cię mógł złapać, jeśli zaczniesz spadać.
- Przyznaj, że chcesz się po prostu pogapić.
- Jakby było na co - odparł z tym jego uśmieszkiem.
- Nawzajem, Oluś - przez jego twarz jak błyskawica przeleciał cień wściekłości. Słaby punkt? Na razie nie będę tego sprawdzać, ale zapamiętam sobie. - Nie pień się, chodź.
Odwróciłam się i ruszyłam schodami. Chłopak przez jakiś czas, coś mruczał, warczał, komentował, ale w końcu usłyszałam jego szybko zbliżające się kroki, które złapały mój rytm, kiedy tylko znalazły się centralnie za mną.
- Nie lubię schodów - powiedziałam po jakimś czasie. Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o ścianę.
- Wszystko okey?
- A co, normalnie opierał się otumaniona o ścianę?
- Znam cię zbyt krótko, żeby to wiedzieć - mruknął.
Miałam dosyć tej wycieczki, kiedy wreszcie dotarliśmy na dach. Tym razem chłopak od razu oddał mi klucze, a ja nie miałam aż tak wielkiego szczęścia, jak wcześniej. Z dobrą minutę szukałam właściwego. Olivier z cynicznym uśmieszkiem przyglądał się moim próbom. Nie powiem, dźwięk otwierającego się zamka, przyniósł mi ulgę. Tym razem on wyszedł pierwszy, niemalże wybiegł, jakby potrzebował powietrza. Nie wyszłam za nim. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak długo wchodziliśmy, jak wysoko to musi być.
- Zgubiłaś się tam? - zaśmiał się. Wzięłam głęboki wdech. Hailey, strach należy pokonywać. Delikatnie pchnęłam drzwi i nie zbyt pewnym krokiem wyszłam na dach. Od razu uderzył we mnie silny wiatr, który zagarnął mi włosy na twarz. Obejmowałam się ramionami i czułam, że jeśli się puszczę, to mogę dostać nieoczekiwanego ataku strachu, albo wręcz paniki, więc tylko machnęłam głową tak, aby podmuch powietrza sam zgarnął mi włosy do tyłu. Wtedy to odsłonił mi się obraz, ale nie chciałam patrzeć poza dach, więc wzrokiem szybko odszukałam chłopaka, który namówił mnie na to szaleństwo. Nasze spojrzenia się zetknęły. Owszem, nasz pan buntownik gapił się na mnie dziwnym wzrokiem, jakby chciał mnie przewiercić na wylot, zrozumieć. Niestety to niemożliwe. Ja zawsze mogę zachować się sprzecznie, jak to przyznał wujek.
- Co? - zapytałam w końcu.
- Nic - odparł, a dopiero po dłużej chwili dodał: - To kiedy mnie zepchniesz?
- Tym razem ci odpuszczę - odparłam, podchodząc kilka kroków. Staraj zachowywać się normalnie.
- Tak wspaniałomyślnie? - podszedł pewnie do krawędzi dachu, od "przepaści" dzieliła bo tylko bardzo niska bariereczka, złożona z kilku linek i drążków co jakąś odległość. Wzdrygnęłam się, widząc to.
- Mógłbyś odejść od krawędzi?
- Dlaczego? - włożył ręce do kieszeni.
- Jeszcze możesz mi się do czegoś przydać.
- Czy ja wiem - zaczął się bujać, do przodu, do tyłu, do przodu, do...
- Proszę, odsuń się od barierki - zaczęłam robić się nerwowa.
- Boisz się, że skoczę?
- Nie... że spadniesz na moich oczach - odparłam. - Odsuń się.
- To tylko kilka pięter w dół - prychnął. Normalka, nie? Co za świr.
- Odsuń się - powtórzyłam twardo.
- A jakbym się wychylił? - zrobił to, stał już tylko na jednej nodze z rękoma rozłożonymi na boki, a ja w ciągu może dwóch sekund znalazłam się przy nim, złapałam go trochę ponad nadgarstkiem na tyle mocno, że wyczułam jego tętno. Po prostu wbiłam palce w przedramię chłopaka, a następnie pociągnęłam go w moją stronę, aby ponownie złapał równowagę. Jednak jak zwykle w chwili stresu, miałam za dużo siły, Olivier szarpnięty przeze mnie, nie tylko znalazł się obiema nogami spowrotem na twardej powierzchni, lecz znalazł się strasznie blisko mojej osoby.
- Jednak jesteś całkiem silna, wiesz? - spojrzał na mnie, dosłownie z góry.
- Ja... - urwałam. Cofnęłabym się, ale ratując tego psychola, musiałam zniszczyć moją bezpieczną obręcz i zaczynałam to odczuwać.
- Czy ty się boisz? - odwróciłam głowę, ale po chwili szybko zamknęłam oczy. Gapienie się w dal to nie najlepszy pomysł.
- Ja się niczego nie boję.
- Mam tam wrócić? - zapytał, nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że na jego twarzy widnieje ten uśmieszek.
- Nie - odparłam cicho.
- Czyli nie boisz się psycholi, nawet takich jak ja, a wysokości już nie zniesiesz? - nie odpowiedziałam. - Okey, jest tutaj ogród, tam nie widać krawędzi, chodź - ominął mnie, a ja dopiero wtedy poczułam jakie ciepło od niego biło. Męczyła mnie chęć otworzenia oczu... może nie spadnę albo nie dostanę ataku paniki. Po sekundzie walki moim oczom ukazał się pierwszy taki widok w życiu. Ogromny las, kołyszące się korony drzew, ciągnące się aż po horyzont, który tonął w promieniach słońca. Nowy Jork musiało być widać z drugiej strony dachu, jednak nie byłam pewna, czy chcę to sprawdzać. - Ładny widok - odparł nieoczekiwanie przy mojej głowie, a ja aż podskoczyłam. - Niczego się nie boję, tak?
- Oprócz wysokości i psycholi na wysokości - warknęłam, ale kiedy tylko się oddalił, uśmiechnęłam się. - Ale co to by było za życie, bez takich świrów jak my?

Olivier?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Olivier'a

- Wykręciłam mu rękę, myślałam, że mogę go pokonać, ale... - zawahałam się chwilę. Olivier spojrzał na mnie wyczekując moich dalszych słów. - Powiem to jedyny raz, więc się nim naciesz. Okazało się, że nie jestem na tyle silna, żeby nawet go odepchnąć... no ale co poradzisz, jak najgorsze zbiry jakie spotkałam to dzieciaki z dzielnicy, które moi kumple znali aż za dobrze.
- Miałaś kumpli? - zdziwił się.
- Nie oceniaj ludzi po okładce, czy jak to tam szło - skrzywiłam się czyjąc palący ból, jakby ten świr nadal trzymał mnie za gardło. - No więc jak delikatnie oświadczyłam mu, że jego dwuznaczne propozycje mnie nie interesują, to się wykręcił, najpierw chciał mnie przewrócić, ale zanim do mnie podszedł, byłam spowrotem na nogach, więc machnął mną o ścianę, uderzyłam głową... właśnie - ręką przesunęłam po potylicy, gdzie wyczułam guz. - To będzie najpiękniejszy guz w moim życiu - burknęłam, a Olivier się zaśmiał. - Nie śmiej się, bo będziesz zęby z podłogi zbierał.
- Już się boję - odparł. - Szczególnie, że jesteś przymroczona i ledwo oddychasz.
- Kiedyś się przestraszysz... Wracając to jak już się ocknęłam, to wisiałam nad ziemią, nie mogłam nawet go dosięgnąć, a jego ręka, jak na złość, nie chciała nawet zadrżeć. A ten jego chory ryj, to mi nie pomagał. Gorsza śmierć od umierania patrząc na niego, to chyba tylko zakopanie żywcem! - chłopak pokręcił głową. - I co kręcisz tą głową. Też tak myślisz, tylko się nigdy nie przyznasz. I muszę przyznać...
- Co jeszcze? - przekręcił oczami.
- Że się wbrew pozorom straszliwie ucieszyłam na twój widok... chyba ostatni raz w życiu - wyszczerzyłam się. - A ten drugi to kto?
- Kto drugi? - zdziwił się.
- Ten z tymi przyjemnie zimnymi dłońmi, co nie poleciał się bić, tylko sprawdził, czy jeszcze żyję.
- Czy ty właśnie zarzuciłaś mi, że wolałem się bić, niż sprawdzić co z tobą? - jego głos był pełen niedowierzania.
- Nie - odparłam.
- Kłamiesz.
- Może. Albo to po prostu naturalna skłonność do obniżania poziomu twojego ego.
- Trochę...
- Wdzięczności? - przerwałam mu. Odwrócił się ode mnie, patrzył w stronę drzwi. W sumie też się zastanawiałam, co im się tak długo schodzi. - Em Panie Super Buntowniku?
- Nie wierzę, że to powiedziałaś...
- W kwestii wiary, to proszę kierować się gdzieś indziej. Dziękuję - dodałam szybko.
- Co? - odwrócił się, aby pokazać mi swój triumfalny uśmiech. Mogę się założyć, że nie pokazuje go często. On nie jest takim typem, a przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zawsze warto zrobić wyjątek dla tak upierdliwej istoty jaką jestem. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tej miny.
- Ty naprawdę masz problemy za słuchem - udałam zmartwioną. - Dziękuję, że uratowałeś moją niegodną uwagi osobę. Choć muszę przyznać, że dla widoku, kiedy rozwalasz mu twarz, to dałabym się ponownie podusić.
- Jesteś chora czy jak?
- Zdania są podzielone - odparłam. - Naucz mnie, bić się.
- Nie.
- Dlaczego? Toż to układ życia. Pomęczysz się ze mną, nauczysz, ja się będę potrafiła bronić i nie będziesz musiał się za mnie bić, bo widzisz, nie wierzę, że dostawanie w zęby za nową, to jedna z twoich ulubionych czynności - spojrzałam na leżącego, czy mi się wydawało, czy on się poruszył? Czemu Olivier gapi się w drzwi? Czy tylko ja widzę, że to głupota? - Ej czy to się poruszyło?
- Nie sądzę - nawet nie spojrzał, tylko dalej tkwił ze wzrokiem wbitym w drzwi. Jakiś metr ode mnie leżał metalowy drążek do ćwiczeń walki. Co oni w średniowiecze się tutaj bawili? Mimo wszystko, sięgnęłam po niego. Drzwi się otworzyły, a Olivier ruszył w ich stronę. Zaraz za nim podniósł się ten potwór. I kto miał rację? Z pomocą drążka dźwignęłam się na kolana, a potem wstałam.
- Olivier - ktoś się wydarł. Zanim zdąrzył się odwrócić, wzięłam zamach i z całej siły jaką miała przyłożyłam mojemu niedawnemu oprawcy w głowę. Potylica to śmieszna część głowy, zawsze działa, zawsze ucina film. Mężczyzna padł jak długi, a po chwili dopadło go kilku strażników. Chłopak stał jak wryty i patrzył się na mnie. Skąd mam tyle siły? Sama chciałabym wiedzieć.
- Nie ma... - i nagle mi też odcięło prąd. Ocknęłam się, po bliżej nie znanym mi czasie, leżałam na podłodze, nade mną pochylał się Olivier, dłońmi przytrzymywał mi głowę. Obok niego stał chłopak, który wcześniej pierwszy do mnie podszedł. Wskazałam na niego. - O niego pytałam.
- Co? - zdziwił się.
- Naprawdę? - zapytał Olivier. - Masz pewnie wstrząs mózgu i nadal o niego pytasz?
- Wrodzona ciekawość... albo odruch na ból głowy... albo na stres... albo... w sumie to nie wiem.
- Musisz tyle gadać? - warknął.
- Ej, a gdzie nagle twoje trochę wdzięczności? Uznajmy, że jesteśmy kwita i zapomnijmy o tym. Mogę już iść?
- Nie - burknął.
- Nie pomagasz.
- Jesteś tak irytująca, że aż głupia.
- A ty świetnie zastąpiłbyś psa obronnego i nie krzyczę tego na cały ośrodek.

Olivier?

sobota, 15 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Olivier'a

Odpowiedziłam chłopakowi uśmiechem. Dziwny, denerwujący, chamski, ale z drugiej strony taki znajomy, jakbym patrzyła na moje męskie alter ego. Chwilę patrzyłam jak odchodzi, aby zaraz potem odwrócić się na pięcie i ruszyć w przeciwną stronę. Szłam bardzo powoli, starając się wszystko dokładnie zapamiętać i szybko utworzyć sobie w wyobraźni mapę tego miejsca. Co jak co, ale orientację w terenie to miałam doskonałą, w końcu przeżyłam w Nowym Jorku, a to jedna wielka plątanina dróg. Widziałam laboratorium, jednak tylko z daleka. W sumie to nawet za bardzo by mnie ono nie interesowało, znalazłam też coś w rodzaju stołówki. Jednak patrząc po różnorodności dań i miłej obsłudze, prędzej nazwałabym to dobrą restauracją. Jeśli jest jedzenie, to gdzieś muszą być ludzie, pewnie nawet blisko. Po kolejnych minutach powolnego spacerku dotarłam wreszcie do korytarza, z tytułem 'Część mieszkalna'. Doskonale. Ruszyłam korytarzem, w międzyczasie sprawdziłam numer przy kluczyku i zaczęłam rozglądać się za pokojem 34. Zatrzymałam się pod drzwiami i się rozejrzałam. Początek korytarza, jednak wyjścia nie było widać, ponieważ pokoje ustawiały się jakby półkolem. Interesująca architektura. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Automatycznie zapaliło się światło, zlustrowałam pomieszczenie. Było takie zimne, nowoczesne, bezduszne. Panował w nim idealny porządek. Naprzeciwko wejścia stało duże... bardzo duże, łóżko z małym stoliczkiem obok. Na lewo od wejścia stała szafa i inne meble, w których teoretycznie mam się upchnąć. Połowa będzie stać pusta. Prawa strona po biurko z lampką na nim i półkami na książki nad nim, szereg z takich półek obok, na różne ciekawe rzeczy, które zostawiłam w domu, drzwi do łazienki i fotel. Podeszłam do niego. Przy odrobinie szczęścia zmieszczę się w nim cała. Rzuciłam plecak na łóżko i usiadłam w nim. Wygodny, przytulny, idealny... Wstałam i dopiero wtedy zauważyłam, że łóżko stoi delikatnie na prawo od drzwi, obok których znajdował się bardzo interesujący ekran. Podeszłam do niego i miękko w niego stuknęłam. Ukazało mi się dość obszerne menu. Zajmę się tym kiedyś - pomyślałam. Obróciłam się. Cały pokój był utrzymany w spokojnych, kawowych brązach, jednak dość przygnębiających. Pomieszczenie wypełniał przyjemny, delikatny zapach cynamonu. Pomimo jego pustoty, której nie miałam czym uzupełnić, poczułam, że będę z czasem w stanie, nazwać to moim nowym domem. Wróciłam na chwilę do łóżka. Z plecaka wykopałam czarne tenisówki, aby wymienić na nie glany. Ten Olivier powiedział coś, że się stąd nie wychodzi. Może dla kogoś dłużej tutaj przebywającego, to jest męczące, jednak ja wiem, że poza tym ośrodkiem, nie mamy dokąd iść. Oni, zarażeni sa wszędzie, ludzie nas by nie zaakceptowali, porównywaliby do tamtych. A jeśli będę chciała wyjść, to się będą musieli tutaj namęczyć, żeby mnie zatrzymać. Związałam moje denerwujące włosy, złapałam za klucz i wyszłam na korytarz. W końcu zostało mi drugie pół ośrodka.
Tym razem ruszyłam w drugą stronę głównej sali, czyli tam, gdzie wcześniej poszedł chłopak, który mnie "oprowadzał". Ta część ośrodka, czyli bliżej wyjścia, już wyraźnie rysowała się w mojej głowie. Z drugiej strony nie byłam tego pewna, ponieważ wciąż wszystkie korytarze wydawały mi się podobne do siebie. Moje buty były niemal bezgłośne, przez co mogłam usłyszeć cichą rozmowę, w jednym z bocznych korytarzy. Przechodząc obok, tylko tam zerknęłam. Stało tam dwóch wysokich chłopaków, którzy umilkli, widząc intruza, czyli mnie. Mój wzrok przez najdłużej kilka sekund spoczął na nich i tyle wystarczyło. Wystarczyło aby napotkać ten wzrok, pewny siebie, niemal wyzywający. Olek. Ciekawe jakby go tak nazwać... z drugiej strony jak on zacznie zdrabniać bez mojej zgody moje imię, będę musiała mu złamać nos. Nie zatrzymałam się i weszłam do najbliższej sali. Jak się okazało, była to sala treningowa. Większość z obecnych tam strzelała do manekinów. Była to pewnie część szkolenia, albo wszyscy tutaj to psychopaci. Odeszłam troszeczkę w głąb pomieszczenia, kiedy usłyszałam trzask drzwi, jednak nie odwróciłam się. Przyglądałam się strzelającym, a do mnie podszedł jakiś facet.
- Zgubiłaś się lalka? - zapytał po chwili stania obok. Odwróciłam się w jego stronę, był niewiele wyższy ode mnie, może kilka centymetrów. Niezbyt urodziwy, z pewnym siebie uśmieszkiem, typowym dla podrywaczy za dwa grosze. Posłałam mu nienawistne spojrzenie i strzeliłam po kolei wszystkimi kostkami u obu dłoni.
- A wyglądam jakbym się zgubiła?
- Mała... - chciał położyć mi rękę na ramieniu, jednak zręcznie ją złapałam i wykręciłam. Dobrze mieć starszych kumpli, którzy uczą cię tego, co najpotrzebniejsze.
- Mały to będzie dla mnie problem, żeby ci tą rączkę złamać - odparłam spokojnym, melodyjnym głosem.

Olivier?

piątek, 14 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliver'a

Ciekawy człowiek, nie powiem, że nie. Buntownik, widać na pierwszy rzut oka. Po kilku sekundach rozmowy, z jako takim pojęciem o moim charakterze, szybko doszłam do wniosku, że będzie ciężko, ale z drugiej strony ciekawie.
- Idziesz, czy będziesz tu tak stać? - zapytał odwrócony. Przewróciłam oczami.
- Nie sądzę, abym miała jakikolwiek wybór - odparłam, zrównując się z nim w kilku krokach. - To dokąd teraz panie przewodniku? - syknęłam.
- Jeszcze raz...
- Oj przymknij się - warknęłam. - Przestań po prostu zgrywać ważniejszego niż jesteś. Buntownik. Każdy taki sam. Myślą, że lepsi, a nie są - mruczałam pod nosem. Nienawidzę ludzi, którzy o wszystko się denerwują, nawet zaczepić nie można. Weź tu z takim wytrzymaj.
- To się na chwilę ogarnij - warknął. Tak?
- Dobrze - odparłam i cicho podążyłam za nią.
- Tylko tyle? - zakpił.
- Nie zwykłam kłócić się z zarozumiałymi dupkami - odparłam najspokoniej jak potrafiłam. To najdoskonalszy sposób na zdenerwowanie drugiej osoby.
- Kim przepraszam? To powrót do podstawówki, czy jak? - doszliśmy do drzwi ogromnego budynku. Był piękny. Cały ze szkła, stal była niemal niewidoczna, wmieszana w całą konstrukcję w prawie perfekcyjny sposób. Zawsze marzyłam żeby znaleźć się wśród swoich... jednak nie myślałam, że spotkam tutaj tego irytującego typa.
- Nie pomyślałeś, że niektórzy mogą być bardziej wyrafinowani od ciebie? - rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Wpiłam się w jego oczy. Były czarne, nie potrafiłam odróżnić tęczówek od źrenic. Zastanawiałam się, ile osób ugięło się pod tym wzrokiem, ile cofnęło się. Nie obchodzi mnie to. Ja się nie cofnę. Choćbym miała paść przed tym aniołem zniszczenia trupem. Albo nie nazywam się Draxler.
- Przodem - popchnął mnie w stronę drzwi. Na chwilę straciłam równowagę, lecz momentalnie ją odzyskałam. W środku uderzyło mnie bardzo nowoczesne wnętrze. Nie to, co mój Brooklyn, który przed te sześćdziesiąt lat chyba się ani trochę nie zmienił. Wyidealizowana biel, będąca w symbiozie z technologią, która nas otaczała zawsze i wszędzie. Dlatego wolałam pustkowia. Tam nikt mnie nie oceniał i nie kontrolował... miałam przynajmniej taką nadzieję. - W lewo - warknął. W sumie dobry byłby z niego pies obronny. Taki wściekły Rottweiler to nie miałby z nim najmniejszych szans. Wyglądałoby to jak pojedynek szczeniaka z najsurowszym treserem lwów. Na myśl przyszło mi pytanie, czy ja też taka jestem, ale po chwili rozwiałam wątpliwości. Ja przynajmniej potrafię okazać szacunek... jeśli chcę.
- Czy byłbyś tak łaskawy i wyjaśnił, dokąd idziemy? - zapytałam z nutą ironii w głosie. Westchnął.
- Do głównej sali. Jak sama nazwa mówi, to najważniejsze miejsce. Na ważne okazje, ogłoszenia i inne bzdury - przekręciłam oczami. Ma mnie za idiotkę? Chyba wiem, po co są takie pomieszczenia.
- Długo tutaj jesteś? - zapytałam po chwili wahania. Dość kruchy lód, jeden błąd i wpadnę do wody, z której już chyba nikt mnie nie wyciągnie.
- Naprawdę myślisz, że ci odpowiem?
- Tak właśnie myślałam - przyznałam.
- Ogromny błąd.
- Czy ja wiem. Przynajmniej nie warczysz.
- Chyba się przesłyszałem - prychnął i zatrzymał się. Zwróciłam się do niego przodem i lekko uniosłam głowę. Niby tylko trochę wyższy, ale wystarczająco, aby mieć  przewagę.
- Kłopoty ze słuchem? Mogę powtórzyć, jeśli chcesz.

Oliver?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Hailey do Olivera

Przenieśliśmy się na Brooklyn, kiedy miałam osiem lat. Dokładnie to pamiętam. Wujek kupił loft w jednym z prefabrycznych budynków i stał się on moim nowym domem. W te dziesięć lat poznałam go do samych trzewi. Szybko zauważyłam, że jestem inna od moich rówieśników, których nie było wielu. Zapamiętywałam więcej, uczyłam się szybciej, byłam szybsza, silniejsza i zwinniejsza. Wujek, bo tak zwykłam nazywać Harry'ego, tłumaczył to skłonnościami i zdolnościami do przystosowania się, które wraz z katastrofą, która miała miejsce sześćdziesiąt lat temu, nabyły kolejne generacje. Nigdy nie śmiałam w twarz podważyć słów wujka, jednak w głębi ducha mu nie wierzyłam. Prawdę mówiąc to nikomu, nigdy do końca nie wierzyłam. Sprawa skomplikowała się, kiedy skończyłam szesnaście lat, ponieważ wtedy moje umiejętności rozszerzyły się o zmianę w coś anioło podobnego. Czy spanikowałam? Nie, dopiero wtedy wszystko zrozumiałam. Zrozumiałam, że plotki o niezwykłych ludziach, którzy mają ochornić pozostałości ludzkiej cywilizacji istnieją... i jestem jedną z nich. Wtedy przyparty do ściany wujek nie mógł zrobić nic innego, jak zabrać mnie na jakąś ceremonię. Grunt w tym, że po bólu jakbym miała ogień zamiast krwi i pojawieniu się na mojej dłoni znaku czerwonego sztyletu, ktoś nazwał mnie Buntownikiem. Niby od razu został uciszony przez Harry'ego, jednak ułamek sekundy pozwolił mi na zarejestrowanie tego i od tamtej chwili czekałam na odpowiednią chwilę. Nadarzyła się dokładnie dwa lata później. Na Brooklynie jest wiele ludzi, którzy mają wiele różnych informacji, nawet o tajnych ośrodkach czy to rządowych czy nie.
Dochodziła czwarta w nocy. To był jeden z tych dni, w których nawet jeśli bym chciała to bym nie zasnęła. Zwiesiłam nogi z łożka, a po chwili moje stopy spotkały się z chłodem mahoniowych paneli w moim pokoju. Bezdźwięcznym krokiem podeszłam do szafy z której wyciągnęłam niezwykle pakowny plecak, którzy kupiłam podczas podróży do Indii. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Spakowałam do niego najpotrzebniejsze rzeczy, trochę ubrać, drugie glany, sportowe obuwie i wszystko co przyszło mi do głowy i się zmieściło. Wzięłam w dłoń inną parę glanów i ostatni raz omiotłam wzrokiem mój pokój. Wyszłam z pokoju i przeszłam przez całe mieszkanie zatrzymując się tylko raz, przy gabinecie wujka. Siedział za biurkiem, a lampa oświetlała żółtawym światłem jego zmęczoną twarz. Pracował. To nie twoja wina Harry. To niczyja wina - pomyślałam i ruszyłam do wyjścia, gdzie zwinęłam jeszcze z szafki rękawiczki i długi czarny płaszcz z wieszaka. Cicho wymknęłam się na klatkę schodową. Dopiero tam założyłam glany i dudniąc zeszłam po schodach i wyszłam na dwór. Zimny wiatr uderzył we mnie, rozwiewając mój płaszcz. Szybko go zapięłam i ruszyłam na północ. Nowy Jork to największe kłębowisko zarażonych ludzi, co znaczy najniebezpieczniejsze miesjce na świecie. Nic tutaj nie działa. Komunikacja miejska umarła wraz z większością ludzi. Miasto wygląda jakby było w symbiozie z lasem, drzewa i rośliny są wszędzie. Trzeba wszędzie iść pieszo, a nie jest to najmniejsze miasto jakie widziałam. Dopiero za miastem ktoś się napatoczył i podwiózł mnie kilkanaście kilometrów. Kiedy wreszcie wysiadłam, poczekałam aż odjedzie i skręciłam w leśne odmęty. Było koło południa, strasznie długo zeszło mi się, zanim opuściłam samo miasto. Teoretycznie mogłabym iść drogą, ale w dziczy było bezpieczniej, ponieważ tutaj zagrażały mi tylko zwierzęta, a jak wiadomo zwierzę zabija szybko, a nie z okrucieństwem jak człowiek. Pośród drzew unosiła się delikatna mgła, która jednak wystarczała, aby ograniczyć mi widoczność. Gałęzie trzaskały pod moimi ciężkimi butami, a wokół panowała cisza zagłuszana tylko odgłosem moich kroków, cichym śpiewem ptaków i szumem koron drzew. Myślałam tylko o tym by iść i nie zatrzymywać się. Zatrzymanie to zawahanie, okazja do ataku, a w tym świecie trzeba być na to zawsze gotowym.
Nagle coś mignęło między drzewami, jakby światło słoneczne odbite od szkła. Nieco szybszym krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Kilka metrów w bok ciągnęła się leśna droga, więc postanowiła na nią wyjść. Po kilku minutach moim oczom ukazała się brama ze szkła. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, była szesnasta. Ciekawe jak bardzo w kółko się kręciłam, żeby tutaj dotrzeć. Nim podeszłam do samej bramy, usłyszałam kominukat Zatrzymaj się, co po chwili, niechętnie zrobiłam. Dość długo tam stałam, czekając aż wreszcie coś się ze mną stanie. Po pewnym czasie brama się rozsunęła i wyszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku. Był on elegancko ubrany i sądząc po jego pewności siebie, miał wysokie stanowisko w Ośrodku.
- Dzień dobry - odparł stojąc kilka metrów ode mnie. Boi się? - Nie przywitasz się? - nie odpowiedziałam. Nie miałam na to ochoty. Po chwili mężczyzna podszedł bliżej i przyjrzał mi się wnikliwie. Jego wzroku zatrzymał się na kilka sekund na moich oczach. - Jak się nazywasz?
- Hailey Draxler - odparłam spokojnie.
- Tak myślałem, jesteś bardzo podobna do matki, a z charakteru to do ojca.
- Znał pan ich? - przymrużyłam oczy.
- Można tak w pewnym sensie powiedzieć. Wiesz do kogo należysz?
- A jak pan myśli? - nadal mówiłam niezmąconym żadną emocją głosem.
- Poślij po Olivera, niech coś z nią zrobi - powiedział do strażnika stojącego za nim. - Uciekłaś z domu?
- Jestem pełnoletnia, więc nie nazwałabym tego ucieczką, tylko kulturalnym opuszczeniem go - zza bramy wyłonił się trochę wyższy od niego chłopak, który obrzucił mnie niezbyt zainteresowanym spojrzeniem, czym zresztą się odwdzięczyłam.
- Oliver, zajmij się nią. To nowa z twojej rasy. Pewnie jesteś głodna, kochana.
- Głodna to i może, ale na pewno nie kochana - mruknęłam.
- Mamy pyszną kaczkę na obiad.
- Cudownie - odparłam. - Jestem wegetarianką - stojący za nim chłopak prychnął.
- Wszyscy musicie tacy być? - zapytał mężczyzna.
- Niczyja w tym zasługa i niczyja wina - odparłam. - Nie przyszłam tutaj po ciepełko i rodzinkę.
- A po co? - po raz pierwszy Oliver, jak dobrze pamiętałam się odezwał.
- Po odpowiedź na pytanie, które zadaję sobie od lat... kim jestem.

Oliver?

Hailey

Znalezione obrazy dla zapytania Piegi
IMIĘ: Hailey
KSYWKA: Hail, Lei, Drax
NAZWISKO: Draxler
WIEK: 18 lat
PŁEĆ: kobieta
ORIENTACJA: heteroseksualna
PRZYNALEŻNOŚĆ: Buntownicy
RANGA: Odludek
PARTNER: hahaha… nieśmieszne.
RODZINA: jej kochani wspaniali rodziciele zginęli jakieś dwanaście lat temu, od tej pory wychowywał ją ich przyjaciel, który stał się dla niej ojcem. Ma brata. Tylko tyle o nim wie.
APARYCJA: Hail to szczupła i dość wysoka brunetka. Ma sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, co przy jej niezwykle chudym ciele, czyni ją podobną do brzozy. Tą porcelanowość zaburzają jej mięśnie, które nie byłyby jakoś wybitnie widoczne, gdyby nie jej względny brak tkanki tłuszczowej. Ma także bardzo wyraźne obojczyki, które jednak rzadko odsłania. Wspomniane jej aksamitne kruczoczarne włosy, sięgają połowy pleców i kontrastują z jej naturalnie jasną cerą. Ma delikatne rysy twarzy, oraz zauważalne piegi, przez co nikt nie spodziewa się jej natury, a na jej naturalnie jasnych, kremowych ustach raczej rzadko gości uśmiech. Charakterystyczne są także jej duże, bursztynowe, czasem wręcz wpadające w złoto tęczówki. Ma także niestety szorstkie dłonie, obdarzone w długie palce - stworzone do gry na pianinie. Jeśli chodzi o zachowanie Hail czy poruszanie się, to została wychowana na wojownika, więc nie oczekuj wybitnie kobiecego stylu chodzenia czy czegoś podobnego. Wszystko robi w taki sposób, aby było najszybciej i najlepiej, tylko to się liczy.
ZNAKI SZCZEGÓLNE: na bliznę na prawym boku, która ciągnie się od biodra do mostka, ma tatuaż We must remember na lewym nadgarstku. praktycznie nigdy nie zdejmuje wisiorka z obrączką - to jedyna pamiątka po rodzicach.
CHARAKTER: Hailey nie jest typowym Buntownikiem przynajmniej na pierwszy rzut oka. Znaczy owszem niespodziewanie dla swojego wyglądu jest oschła, szczera do bólu, arogancka, impulsywna i wybuchowa, przez co często wpada w kłopoty i zatargi. Niezwykle silna psychicznie, przede wszystkim dlatego, że w wieku przeżyła śmierć rodziców. Z tego powodu czasem zapomina o uczuciach, liczy się cel, który należy osiągnąć za wszelką cenę. Zdarza jej się bardzo prosto ranić innych nawet nieświadomie… gorsze jest to, że czasem robi to świadomie, z pełną premedytacją niszczy swojego wroga. Jeśli nie psychicznie, to fizycznie. Cechuje ją ogromny upór i wytrzymałość, idąca w parze z cierpliwością. Może latami pamiętać czyjeś przewinienia i czekać na odpowiedni moment żeby zaatakować i wyrwać serce. Z drugiej strony wierzy w miłość, przyjaźń, jednak nigdy jej nie doświadczyła, więc ciężko powiedzieć jak zachowa się w takiej sytuacji. Wie co to lojalność i wierność, mimo całej tej cierniowej otoczki, czuje się odpowiedzialna za bezpieczeństwo innych i za ich decyzje. Gotowa do poświęceń za kogokolwiek, nawet jeśli będzie to oznaczało śmierć, ponieważ umrzeć w obronie innych, to największe bohaterstwo, wręcz altruistyczna. W żadnym razie nie ambitna w stronę władzy, która uważa za niepotrzebną i niszczącą. W sumie to wiele emocji i pragnień jest niszczących, dlatego woli się nie angażować, co niespecjalnie jej wychodzi. Wobec obcych jest raczej zdystansowana, woli nie wdawać się w głupie dyskusje z nieznajomymi. Jednak w dobrze znanej jej grupie lub pośród innych Buntowników jest bardzo energiczna, chętnie z nimi współpracuje i przede wszystkim bardzo ich ceni. Może i nikogo nie słucha, ponieważ ufa swojemu instynktowi i ogromnej inteligencji, jednak darzy innych, szczególnie starszych ogromnym szacunkiem, który jednakowoż trudno zauważyć. Zawsze chętna do szalonych zadań, z boku to wygląda jakby była chora psychicznie, ponieważ została wychowana tak, aby nie czuć strachu, a wszelkie jego przejawy stłumić w ułamku sekundy. Jeśli chodzi o inne rasy, to raczej je akceptuje, darzy ograniczonym szacunkiem, nie przepada tylko za Mrocznymi, którzy uważa za leniwą kopię jej rasy. Jej najbardziej charakterystyczną cechą jest odgradzanie od innych swoich wspomnień i problemów. Nie mówi o swojej przeszłości, nie dzieli się spostrzeżeniami o rodzinie, nie poprosi o pomoc w rozwiązaniu problemów, ponieważ prawdopodobnie nigdy się nie dowiesz, że je ma. Najważniejsze to nie pokazać swoich słabych punków, prawda?
INNE
Potrafi grać na pianinie, jednak rzadko to robi
Nie pamięta swojego brata, który zniknął
Nie miała szczęśliwego dzieciństwa, jednak mimo wszystko jest wdzięczna Harry’emu Whitelawowi za przygarnięcie
Doskonale pływa, co zresztą kocha
Ma lęk wysokości, jednak stara się go przezwyciężać
Cierpi na bezsenność, nocami potrafi się błąkać po mieście
WŁAŚCICIEL: Cairenne