Przenieśliśmy się na Brooklyn, kiedy miałam osiem lat. Dokładnie to pamiętam. Wujek kupił loft w jednym z prefabrycznych budynków i stał się on moim nowym domem. W te dziesięć lat poznałam go do samych trzewi. Szybko zauważyłam, że jestem inna od moich rówieśników, których nie było wielu. Zapamiętywałam więcej, uczyłam się szybciej, byłam szybsza, silniejsza i zwinniejsza. Wujek, bo tak zwykłam nazywać Harry'ego, tłumaczył to skłonnościami i zdolnościami do przystosowania się, które wraz z katastrofą, która miała miejsce sześćdziesiąt lat temu, nabyły kolejne generacje. Nigdy nie śmiałam w twarz podważyć słów wujka, jednak w głębi ducha mu nie wierzyłam. Prawdę mówiąc to nikomu, nigdy do końca nie wierzyłam. Sprawa skomplikowała się, kiedy skończyłam szesnaście lat, ponieważ wtedy moje umiejętności rozszerzyły się o zmianę w coś anioło podobnego. Czy spanikowałam? Nie, dopiero wtedy wszystko zrozumiałam. Zrozumiałam, że plotki o niezwykłych ludziach, którzy mają ochornić pozostałości ludzkiej cywilizacji istnieją... i jestem jedną z nich. Wtedy przyparty do ściany wujek nie mógł zrobić nic innego, jak zabrać mnie na jakąś ceremonię. Grunt w tym, że po bólu jakbym miała ogień zamiast krwi i pojawieniu się na mojej dłoni znaku czerwonego sztyletu, ktoś nazwał mnie Buntownikiem. Niby od razu został uciszony przez Harry'ego, jednak ułamek sekundy pozwolił mi na zarejestrowanie tego i od tamtej chwili czekałam na odpowiednią chwilę. Nadarzyła się dokładnie dwa lata później. Na Brooklynie jest wiele ludzi, którzy mają wiele różnych informacji, nawet o tajnych ośrodkach czy to rządowych czy nie.
Dochodziła czwarta w nocy. To był jeden z tych dni, w których nawet jeśli bym chciała to bym nie zasnęła. Zwiesiłam nogi z łożka, a po chwili moje stopy spotkały się z chłodem mahoniowych paneli w moim pokoju. Bezdźwięcznym krokiem podeszłam do szafy z której wyciągnęłam niezwykle pakowny plecak, którzy kupiłam podczas podróży do Indii. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Spakowałam do niego najpotrzebniejsze rzeczy, trochę ubrać, drugie glany, sportowe obuwie i wszystko co przyszło mi do głowy i się zmieściło. Wzięłam w dłoń inną parę glanów i ostatni raz omiotłam wzrokiem mój pokój. Wyszłam z pokoju i przeszłam przez całe mieszkanie zatrzymując się tylko raz, przy gabinecie wujka. Siedział za biurkiem, a lampa oświetlała żółtawym światłem jego zmęczoną twarz. Pracował. To nie twoja wina Harry. To niczyja wina - pomyślałam i ruszyłam do wyjścia, gdzie zwinęłam jeszcze z szafki rękawiczki i długi czarny płaszcz z wieszaka. Cicho wymknęłam się na klatkę schodową. Dopiero tam założyłam glany i dudniąc zeszłam po schodach i wyszłam na dwór. Zimny wiatr uderzył we mnie, rozwiewając mój płaszcz. Szybko go zapięłam i ruszyłam na północ. Nowy Jork to największe kłębowisko zarażonych ludzi, co znaczy najniebezpieczniejsze miesjce na świecie. Nic tutaj nie działa. Komunikacja miejska umarła wraz z większością ludzi. Miasto wygląda jakby było w symbiozie z lasem, drzewa i rośliny są wszędzie. Trzeba wszędzie iść pieszo, a nie jest to najmniejsze miasto jakie widziałam. Dopiero za miastem ktoś się napatoczył i podwiózł mnie kilkanaście kilometrów. Kiedy wreszcie wysiadłam, poczekałam aż odjedzie i skręciłam w leśne odmęty. Było koło południa, strasznie długo zeszło mi się, zanim opuściłam samo miasto. Teoretycznie mogłabym iść drogą, ale w dziczy było bezpieczniej, ponieważ tutaj zagrażały mi tylko zwierzęta, a jak wiadomo zwierzę zabija szybko, a nie z okrucieństwem jak człowiek. Pośród drzew unosiła się delikatna mgła, która jednak wystarczała, aby ograniczyć mi widoczność. Gałęzie trzaskały pod moimi ciężkimi butami, a wokół panowała cisza zagłuszana tylko odgłosem moich kroków, cichym śpiewem ptaków i szumem koron drzew. Myślałam tylko o tym by iść i nie zatrzymywać się. Zatrzymanie to zawahanie, okazja do ataku, a w tym świecie trzeba być na to zawsze gotowym.
Nagle coś mignęło między drzewami, jakby światło słoneczne odbite od szkła. Nieco szybszym krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Kilka metrów w bok ciągnęła się leśna droga, więc postanowiła na nią wyjść. Po kilku minutach moim oczom ukazała się brama ze szkła. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, była szesnasta. Ciekawe jak bardzo w kółko się kręciłam, żeby tutaj dotrzeć. Nim podeszłam do samej bramy, usłyszałam kominukat Zatrzymaj się, co po chwili, niechętnie zrobiłam. Dość długo tam stałam, czekając aż wreszcie coś się ze mną stanie. Po pewnym czasie brama się rozsunęła i wyszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku. Był on elegancko ubrany i sądząc po jego pewności siebie, miał wysokie stanowisko w Ośrodku.
- Dzień dobry - odparł stojąc kilka metrów ode mnie. Boi się? - Nie przywitasz się? - nie odpowiedziałam. Nie miałam na to ochoty. Po chwili mężczyzna podszedł bliżej i przyjrzał mi się wnikliwie. Jego wzroku zatrzymał się na kilka sekund na moich oczach. - Jak się nazywasz?
- Hailey Draxler - odparłam spokojnie.
- Tak myślałem, jesteś bardzo podobna do matki, a z charakteru to do ojca.
- Znał pan ich? - przymrużyłam oczy.
- Można tak w pewnym sensie powiedzieć. Wiesz do kogo należysz?
- A jak pan myśli? - nadal mówiłam niezmąconym żadną emocją głosem.
- Poślij po Olivera, niech coś z nią zrobi - powiedział do strażnika stojącego za nim. - Uciekłaś z domu?
- Jestem pełnoletnia, więc nie nazwałabym tego ucieczką, tylko kulturalnym opuszczeniem go - zza bramy wyłonił się trochę wyższy od niego chłopak, który obrzucił mnie niezbyt zainteresowanym spojrzeniem, czym zresztą się odwdzięczyłam.
- Oliver, zajmij się nią. To nowa z twojej rasy. Pewnie jesteś głodna, kochana.
- Głodna to i może, ale na pewno nie kochana - mruknęłam.
- Mamy pyszną kaczkę na obiad.
- Cudownie - odparłam. - Jestem wegetarianką - stojący za nim chłopak prychnął.
- Wszyscy musicie tacy być? - zapytał mężczyzna.
- Niczyja w tym zasługa i niczyja wina - odparłam. - Nie przyszłam tutaj po ciepełko i rodzinkę.
- A po co? - po raz pierwszy Oliver, jak dobrze pamiętałam się odezwał.
- Po odpowiedź na pytanie, które zadaję sobie od lat... kim jestem.
Oliver?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz