- Wykręciłam mu rękę, myślałam, że mogę go pokonać, ale... - zawahałam się chwilę. Olivier spojrzał na mnie wyczekując moich dalszych słów. - Powiem to jedyny raz, więc się nim naciesz. Okazało się, że nie jestem na tyle silna, żeby nawet go odepchnąć... no ale co poradzisz, jak najgorsze zbiry jakie spotkałam to dzieciaki z dzielnicy, które moi kumple znali aż za dobrze.
- Miałaś kumpli? - zdziwił się.
- Nie oceniaj ludzi po okładce, czy jak to tam szło - skrzywiłam się czyjąc palący ból, jakby ten świr nadal trzymał mnie za gardło. - No więc jak delikatnie oświadczyłam mu, że jego dwuznaczne propozycje mnie nie interesują, to się wykręcił, najpierw chciał mnie przewrócić, ale zanim do mnie podszedł, byłam spowrotem na nogach, więc machnął mną o ścianę, uderzyłam głową... właśnie - ręką przesunęłam po potylicy, gdzie wyczułam guz. - To będzie najpiękniejszy guz w moim życiu - burknęłam, a Olivier się zaśmiał. - Nie śmiej się, bo będziesz zęby z podłogi zbierał.
- Już się boję - odparł. - Szczególnie, że jesteś przymroczona i ledwo oddychasz.
- Kiedyś się przestraszysz... Wracając to jak już się ocknęłam, to wisiałam nad ziemią, nie mogłam nawet go dosięgnąć, a jego ręka, jak na złość, nie chciała nawet zadrżeć. A ten jego chory ryj, to mi nie pomagał. Gorsza śmierć od umierania patrząc na niego, to chyba tylko zakopanie żywcem! - chłopak pokręcił głową. - I co kręcisz tą głową. Też tak myślisz, tylko się nigdy nie przyznasz. I muszę przyznać...
- Co jeszcze? - przekręcił oczami.
- Że się wbrew pozorom straszliwie ucieszyłam na twój widok... chyba ostatni raz w życiu - wyszczerzyłam się. - A ten drugi to kto?
- Kto drugi? - zdziwił się.
- Ten z tymi przyjemnie zimnymi dłońmi, co nie poleciał się bić, tylko sprawdził, czy jeszcze żyję.
- Czy ty właśnie zarzuciłaś mi, że wolałem się bić, niż sprawdzić co z tobą? - jego głos był pełen niedowierzania.
- Nie - odparłam.
- Kłamiesz.
- Może. Albo to po prostu naturalna skłonność do obniżania poziomu twojego ego.
- Trochę...
- Wdzięczności? - przerwałam mu. Odwrócił się ode mnie, patrzył w stronę drzwi. W sumie też się zastanawiałam, co im się tak długo schodzi. - Em Panie Super Buntowniku?
- Nie wierzę, że to powiedziałaś...
- W kwestii wiary, to proszę kierować się gdzieś indziej. Dziękuję - dodałam szybko.
- Co? - odwrócił się, aby pokazać mi swój triumfalny uśmiech. Mogę się założyć, że nie pokazuje go często. On nie jest takim typem, a przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zawsze warto zrobić wyjątek dla tak upierdliwej istoty jaką jestem. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tej miny.
- Ty naprawdę masz problemy za słuchem - udałam zmartwioną. - Dziękuję, że uratowałeś moją niegodną uwagi osobę. Choć muszę przyznać, że dla widoku, kiedy rozwalasz mu twarz, to dałabym się ponownie podusić.
- Jesteś chora czy jak?
- Zdania są podzielone - odparłam. - Naucz mnie, bić się.
- Nie.
- Dlaczego? Toż to układ życia. Pomęczysz się ze mną, nauczysz, ja się będę potrafiła bronić i nie będziesz musiał się za mnie bić, bo widzisz, nie wierzę, że dostawanie w zęby za nową, to jedna z twoich ulubionych czynności - spojrzałam na leżącego, czy mi się wydawało, czy on się poruszył? Czemu Olivier gapi się w drzwi? Czy tylko ja widzę, że to głupota? - Ej czy to się poruszyło?
- Nie sądzę - nawet nie spojrzał, tylko dalej tkwił ze wzrokiem wbitym w drzwi. Jakiś metr ode mnie leżał metalowy drążek do ćwiczeń walki. Co oni w średniowiecze się tutaj bawili? Mimo wszystko, sięgnęłam po niego. Drzwi się otworzyły, a Olivier ruszył w ich stronę. Zaraz za nim podniósł się ten potwór. I kto miał rację? Z pomocą drążka dźwignęłam się na kolana, a potem wstałam.
- Olivier - ktoś się wydarł. Zanim zdąrzył się odwrócić, wzięłam zamach i z całej siły jaką miała przyłożyłam mojemu niedawnemu oprawcy w głowę. Potylica to śmieszna część głowy, zawsze działa, zawsze ucina film. Mężczyzna padł jak długi, a po chwili dopadło go kilku strażników. Chłopak stał jak wryty i patrzył się na mnie. Skąd mam tyle siły? Sama chciałabym wiedzieć.
- Nie ma... - i nagle mi też odcięło prąd. Ocknęłam się, po bliżej nie znanym mi czasie, leżałam na podłodze, nade mną pochylał się Olivier, dłońmi przytrzymywał mi głowę. Obok niego stał chłopak, który wcześniej pierwszy do mnie podszedł. Wskazałam na niego. - O niego pytałam.
- Co? - zdziwił się.
- Naprawdę? - zapytał Olivier. - Masz pewnie wstrząs mózgu i nadal o niego pytasz?
- Wrodzona ciekawość... albo odruch na ból głowy... albo na stres... albo... w sumie to nie wiem.
- Musisz tyle gadać? - warknął.
- Ej, a gdzie nagle twoje trochę wdzięczności? Uznajmy, że jesteśmy kwita i zapomnijmy o tym. Mogę już iść?
- Nie - burknął.
- Nie pomagasz.
- Jesteś tak irytująca, że aż głupia.
- A ty świetnie zastąpiłbyś psa obronnego i nie krzyczę tego na cały ośrodek.
Olivier?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz