- Cholera, twoim gadaniem mogłabyś uśpić tego gościa, zamiast próbować się z nim bić. - burknąłem, przekręcając delikatnie jej głowę. Zaczerwienienie widoczne dobrych parę minut temu nadal nie zniknęło, więc nie wróżyło to nic dobrego.
- Daj spokój, nic mi nie jest, tylko zemdlałam. - burknęła dziewczyna, usiłując wstać. Musiałem mocniej ją przytrzymać, żeby zatrzymać usilne wiercenie się. Była silniejsza niż przypuszczałem, że jest, mimo tego udało mi się ją utrzymać w jednym miejscu.
- Nigdzie. Nie. Idziesz. - warknąłem, zabierając od Chris'a apteczkę. - Dzięki. Możesz iść, w sumie Robert kazał jednemu z nas przyjść na przesłuchanie, czy coś w tym rodzaju. - dodałem, ponownie odchylając głowę Hailey. Przykładając rękę do jej szyi, poczułem bicie jej serca i to, jak nerwowo przełyka ślinę. Spojrzałem na nią spode łba. Miała zamknięte oczy, i nie otworzyła ich nawet, kiedy ją opatrywałem.
- Ta podłoga jest zimna. Mógłbyś przynajmniej położyć mnie na jakiejś ławce, albo czymkolwiek. - powiedziała z urazą w głosie.
- W zasadzie to już skończyłem.
- Pff... - prychnęła tylko, wstając gwałtownym ruchem, po czym otrzepała się z kurzu. Skrzyżowałem ręce na piersi, posyłając jej złośliwy uśmieszek. - Co się tak szczerzysz, psychopato?
- Musisz chyba załatwić sobie psa obronnego, cały czas spotykasz na swojej drodze psychopatów. Tylko różnica jest taka, że jeden cię pobił, a drugi, technicznie rzecz biorąc uratował. - odpowiedziałem na jej zagrywkę, na co brunetka przewróciła jedynie oczyma.
- Czasem zastanawiam się, jak ludzie z tobą wytrzymują.
- Nie musisz się zastanawiać. Sama właśnie to robisz. - wzruszyłem ramionami, chcąc ją jeszcze bardziej zdenerwować.
- Właśnie, że nie. Wcześniej ci uciekłam, i teraz też zamierzam. - odgryzła się, unosząc z triumfem prawą brew. Chciała już odejść, lecz ja złapałem ją za nadgarstek i odwróciłem w swoją stronę.
- Tu też się nie zgodzę. Poprzednim razem nie uciekłaś, to raczej ja odszedłem, a teraz też nigdzie nie idziesz. Muszę być pewien, że znowu nie upadniesz i nie trafisz na żadnego psychopatę. - posłałem jej najbardziej sarkastyczny uśmiech w swoim życiu, oczekując odpowiedzi.
- Co mam niby z tobą robić? Wkurzasz mnie. - ofuknęła się, po czym skrzyżowała ręce na piersi i oparła o ścianę.
- Nie wiem. To co teraz. Gadać. Chyba, że chcesz się błąkać po dachu Instytutu. - wyjąłem z kieszeni skórzanej kurtki klucze i zakręciłem nimi na palcu.
- Serio ukradłeś klucze na dach? Jesteś kompletnym psycholem.
- Nie ukradłem. Pożyczyłem. Czyli mam rozumieć, że nie chcesz sobie popatrzeć na zachód słońca z najwyższego punktu? Okej. Na pewno jakaś dziewczyna się skusi. - powiedziałem, wzruszając ramionami. Hailey odwzajemniła gest i z chęcią odejścia odwróciła się, jednak ja pociągnąłem ją ponownie za nadgarstek.
- To było pytanie retoryczne. Oczywiście, że idziesz ze mną. - zaśmiałem się.
- Jesteś tak irytujący, że chętnie zrzucę cię z tego dachu! Puszczaj mnie, idioto i przestań rżeć jak dławiący się koń! - syknęła, odwracając głowę w drugą stronę.
- Pfff... Udam, że tego nie słyszałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz