wtorek, 18 kwietnia 2017
Od Evelyn C.D. Oliviera
- Rozumiem, że za takie zachowanie mógłbym oberwać drugi raz? - zażartował, a ja wzruszyłam ramionami, pozostawiając jego pytanie bez odpowiedzi, ignorując je.
- Evelyn - przedstawiłam się, gdy chłopak wstawał. Z niepokojem obserwowałam, czy nie zachwieje się ani nie będzie miał żadnych dolegliwości pozostawionych przez bliskie spotkanie z gaśnicą. - Na pewno wszystko w porządku?
Chłopak stanął pewnie na nogach, a na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech, gdy zmierzył wzrokiem całą mą sylwetkę. Najwidoczniej uznał to, że tak drobna osoba go powaliła, za niezwykle zabawne.
- Ze mną tak - zaśmiał się. - Ale wydaje mi się, że nie powinnaś chodzić o tej porze sama po instytucie. Szczególnie w takim stroju. Co, jeśli spotkasz kogoś, kto nie będzie tak miły jak ja? - zakpił.
Słysząc wzmiankę o moim stroju, spojrzałam na siebie. Koc opadł na ziemię, kiedy uderzyłam chłopaka, a poły swetra rozchyliły się, ukazując krótką koszuleczkę i spodenki od piżamy. Poczułam, że się czerwienię i wściekła zaczęłam zapinać guziki w długim swetrze.
- Skoro udało mi się powalić ciebie, dla innych nie miałabym więcej litości - warknęłam. - Zamierzałam być miła i pójść po lód, ale radź sobie sam - już miałam sięgać po koc i odwrócić się na pięcie, gdy usłyszałam cichy śmiech chłopaka. - Ten wielki guz na czole doskonale upodabnia cię do jednorożca - dodałam uszczypliwie, chcąc go zdenerwować, nie wyszło mi to jednak, gdyż chłopak jeszcze głośniej parsknął śmiechem.
Prychnęłam, podnosząc koc i torbę z ziemi, lecz gdy chciałam odejść, poczułam mocne pociągnięcie za sweter.
- Nigdzie nie idziesz - usłyszałam rozbawiony głos. - Niebezpiecznie jest pałętać się tu samemu nocą.
- Jeśli mnie nie puścisz, zaraz ty znajdziesz się w niebezpieczeństwie - zagroziłam, czym wywołałam kolejny napad śmiechu u chłopaka.
- To jest twoja broń? Grozisz, dopóki przeciwnik nie umrze ze śmiechu? - mruknął, gdy już się uspokoił.
- Jesteś bezczelny - warknęłam, chcąc go uderzyć, jednak nie wyszło mi to tak, jakbym tego oczekiwała. Chłopak chwycił szybko moją rękę i stając za mną, wykręcił mi ją za plecy. Następnie objął mnie w pasie i unieruchomił drugą rękę. Czując jego dotyk tak blisko, próbowałam się wyrwać, jednak nie zdało się to na nic.
- Spokojnie, bo zrobisz sobie krzywdę, Evelyn - usłyszałam jego rozbawiony szept wprost do mojego ucha. - Chciałem normalnie porozmawiać.
- Puść - warknęłam, wyrywając się, jednak tym razem nie miałam najmniejszych szans. Wcześniej udało mi się powalić chłopaka dzięki temu, że miałam po swojej stronie ciemność i efekt zaskoczenia. Tym razem jednak nawet się nie łudziłam, byłam zdana na tego silnego olbrzyma. - To nie jest normalna rozmowa, szczególnie, gdy nie znam nawet twojego imienia, a ty zachowujesz się, jakbym była twoją własnością.
- Nie przedstawiłem się? Och, gdzie są moje maniery - zakpił. Prychnęłam, zauważając komizm sytuacji. Byłam unieruchomiona przez niego, a on wspomina o manierach? - Jestem Olivier. Gdzie się wybierałaś?
- Nie twój cholerny interes - syknęłam, wyrywając się.
- Powiedz, a cię puszczę - obiecał poważnym tonem.
Zastanowiłam się przez chwilę, jednak stwierdziłam, że mu nie ufam. I na pewno nie powiem mu prawdy. Byłam zbyt dumna, by dać mu wygrać.
- Odpłacisz mi za to - wysyczałam, kopiąc go, nie zrobiło to na nim jednak większego wrażenia i dodatkowo stanął w taki sposób, że swoją nogą blokował ruchy moich. Nie mogłam go nawet kopnąć.
- Odpowiedz - powiedział spokojnie.
- Wracałam z kawą do pokoju - skłamałam gładko, słodkim głosikiem. Wiedziałam, że kłamstwo przychodziło mi w tak łatwy sposób, że Olivier gotów byłby mi uwierzyć, gdyby nie to, że przechodziliśmy obok pokoi, a ja wcale tam nie skręciłam.
Chłopak roześmiał się, przez co poczułam na swoich plecach wywołane śmiechem drżenie jego klatki piersiowej.
- Uważasz mnie za idiotę? - zapytał rozbawionym tonem, ewidentnie zauważając kłamstwo.
- Mam być szczera, czy miła? - zapytałam słodko. - Oczywiście, że uważam cię za idiotę. Wielkiego, silnego idiotę, który kieruje się instynktem jaskiniowcy, zamiast mózgiem. Chociaż w twoim przypadku niewykluczone jest, że możesz go nie mieć... - wiedziałam, że gdybym była miła, już dawno by mnie puścił, jednak moja wrodzona krnąbrność nie pozwalała na to. Nigdy nie byłam nauczona uginać się przed kimś, nawet jeśli niosło to ze sobą kłopoty.
- Och, mała, po co te kłamstwa? Jesteśmy obok sali treningowej, a ty masz w torbie strój do ćwiczeń - zauważył, a ja dopiero teraz zauważyłam, że zdradza mnie otwarta torba, która po upadku na ziemię rozchyliła się, ukazując swą zawartość. - Te treningi chyba nie zdają ci się na wiele, skoro nie potrafisz wyplątać się z prostej dźwigni? - zakpił.
- Pożałujesz - warknęłam, szarpiąc się, a po chwili poczułam, jak Olivier rozluźnia uścisk, wypuszczając mnie.
Obróciłam się, patrząc na niego ze zdziwieniem pomieszanym z nienawiścią. Chłopak sięgał właśnie po moją torbę, pakując do niej koc i przewieszając ją sobie przez ramię. Rozejrzałam się wkoło i spojrzała na niego, oceniając, czy dogoniłby mnie, gdybym teraz puściła się biegiem prosto do pokoju.
- Nawet o tym nie myśl, nie dasz rady mi uciec - jakby czytając mi w myślach, podniósł na mnie rozbawiony wzrok. - Poza tym, klucze od pokoju masz w torbie, którą mam ja. Gdzie pójdziesz?
- Uważasz mnie za rozrywkę, czy po prostu dla każdego jesteś takim dupkiem? - warknęłam.
- Tak dużo wyzwisk, tak dużo nienawiści... - roześmiał się. - A ja chcę ci tylko pomóc.
- Niby jak? - syknęłam.
- W treningu. Już udowodniłaś, że radzisz sobie beznadziejnie i potrzebujesz dobrego nauczyciela - zaśmiał się, odgarniając jednym, szybkim ruchem opadające na czoło, ciemne włosy.
Już miała odpyskować, że nie potrzeba mi jako nauczyciela silnego półgłówka, wolałam jednak wykorzystać tą chwilę na rzucenie się do ucieczki, nawet jeśli nie miałam kluczy. Nie zdążyłam jednak zrobić nawet trzech kroków, gdy Olivier złapał mnie z westchnieniem za rękę, pociągając w swoją stronę i prowadząc jak niegrzeczne dziecko do sali treningowej, którą zamknął na klucz, po czym ukrył go w kieszeni swoich spodni.
- Przestań ciągać mnie za sobą jak psa - mruknęłam niezadowolona, wyrywając mu moją rękę z uścisku.
- Och, nie traktuję cię jak psa, Evelyn - zapewnił brunet. - Chyba żaden pies nie warczy tyle co ty - dodał ze złośliwym uśmiechem. - Zamknąłem salę. Wypuszczę cię stąd, gdy odbierzesz mi klucze - poklepał się po kieszeni, w której je ukrył. - I przebierz się. Chyba, że chcesz ćwiczyć w tej seksownej, krótkiej piżamce. Ja tam nie mam nic przeciwko - zapewnił rozbawiony, podając mi moją torbę.
Z wściekłością wyrwałam mu ją, idąc do przebieralni, by zmienić piżamę na sportowe spodenki i podkoszulek. Jednocześnie zastanawiałam się nad tym, czy znajdę inne wyjście z tej sali. Na nic by się to jednak zdało, gdyż zauważyłam właśnie, że klucze do mojego pokoju zniknęły z torby. Cwaniak, musiał wziąć pod uwagę, że i tak będę próbowała stąd uciec. Może jednak wcale nie był taki głupi... Chociaż niewątpliwie cholernie pewny siebie i irytujący. Miałam ochotę zetrzeć mu z twarzy ten pełen zadowolenia uśmieszek...
(Olivier?)
Od Chris'a C.D Camryn
Camryn?
[Sr że tak długo czekałaś ale nie miałam weny ;~;.
Od Olivier'a - C.D Evelyn
Nałożyłem na siebie skórzaną kurtkę i zamknąłem drzwi do pokoju, po czym ruszyłem przed siebie ciemnymi korytarzami. Fakt, o tej godzinie było tu trochę ciemno, ale znałem ten Ośrodek na wylot, zwłaszcza, że tu się urodziłem.
Pierwszym miejscem, które napatoczyło się na mojej drodze, była kawiarnia, w której postanowiłem zamówić latte i najnormalniejszego rogala. O tej godzinie nie było tu zbyt wielu osób, jak w sumie zawsze, więc mogłem w spokoju pochłonąć swoje jedzenie. Zasunąłem za sobą krzesło i poszedłem przed siebie, tam, gdzie nogi mnie poniosą. Po drodze zapaliłem papierosa, gdyż potrzeba, rzadka, ale jednak - była nie do wytrzymania. W pewnym momencie, usłyszałem przed sobą ciche kroki. Cóż, nie powiem, było to dosyć podejrzane, zwłaszcza, że żaden facet nie poruszałby się tak cicho, a dziewczyna o tej godzinie w Instytucie to... dosyć dziwna rzecz? W każdym bądź razie, chcąc dowiedzieć się, czyje to kroki, przyspieszyłem, chcąc dogonić ową postać. Skręciłem za nią do wąskiego korytarzyka, w którym, przyznam się, byłem tylko kilka razy. Nim zdążyłem się zorientować, co się dzieję, dostałem czymś twardym w głowę i upadłem.
Obudziłem się na twardej posadzce z ogromnym bólem, który nasilał się wraz z każdą kolejną sekundą, odkąd kontaktowałem. Powoli otworzyłem oczy, i zobaczyłem przed sobą drobną postać.
- Dobre uderzenie... - burknąłem, próbując się podnieść. Wymasowałem delikatnie czoło, czując dość spory guz pod palcami. - Świetnie...
- Ja... Sorry. Myślałam, że to...
- Pedofil? - przerwałem dziewczynie, otrzepując się z kurzu.
- Mniej więcej. - wzruszyła niepewnie ramionami. - Przyniosę coś zimnego... Obudziłeś się bardzo szybko. - dodała, odwracając się na pięcie. Szybko złapałem ją za nadgarstek, przez co ta spojrzała na mnie niepewnie.
- Mogę chociaż dowiedzieć się jak ma na imię dziewczyna, która mnie pobiła? - zapytałem, irytująco się szczerząc.
Evelyn?
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Od Hailey C.D. Oliviera
- Chętnie powtórzę - zaśmiałam się.
- Jesteś niemożliwa - jego dłoń nadal ściskała moją rękę tuż nad nadgarstkiem.
- Jeszcze nie znasz moich możliwości - próbowałam się wywinąć, jego uścisk był jakby ze stali.
- Lubię wyzwania.
- Ja też - wyszczerzyłam się, aby po chwili skrzywić. - Z czego ty jesteś zrobiony?
- Zdania są podzielone.
- Dobrze, to jeśli nie chcesz mnie puścić, to chociaż chodźmy - odparłam. Kiwnął głową i pociągnął mnie w stronę drzwi. Musiałam się nieźle wysilić, żeby dorównać mu kroku, pomimo że byłam niewiele niższa od niego. Doszliśmy do klatki schodowej, która zresztą znajdowała się bardzo blisko sali treningowej. Oparłam się jednym ramieniem o ścianę, w tym czasie Olivier męczył się z kluczami. Podobno te schody prowadziły wyłącznie na dach, nigdzie indziej.
- Daj to - odparłam wyciągając rękę, niechętnie oddał mi brzęczący pęk.
- Proszę bardzo, próbuj - przejrzałam klucze, ene due... ten. Wzięłam jeden z nich w dłoń, wsadziłam do zamka i przekręciłam. - Głupi ma zawsze szczęście.
- Nie da się zaprzeczyć, skoro mnie spotkałeś - wybuchnęłam krótkim śmiechem. Otworzył drzwi.
- Panie przodem - spojrzałam do pomieszczenia. Nie podoba mi się to.
- Ile tu jest schodów? - zapytałam, nie ruszając się z miejsca.
- Nie chcesz widzieć - złapał mnie za ramię i zręcznie wpechnął na klatkę. - Musisz iść pierwsza, żebym cię mógł złapać, jeśli zaczniesz spadać.
- Przyznaj, że chcesz się po prostu pogapić.
- Jakby było na co - odparł z tym jego uśmieszkiem.
- Nawzajem, Oluś - przez jego twarz jak błyskawica przeleciał cień wściekłości. Słaby punkt? Na razie nie będę tego sprawdzać, ale zapamiętam sobie. - Nie pień się, chodź.
Odwróciłam się i ruszyłam schodami. Chłopak przez jakiś czas, coś mruczał, warczał, komentował, ale w końcu usłyszałam jego szybko zbliżające się kroki, które złapały mój rytm, kiedy tylko znalazły się centralnie za mną.
- Nie lubię schodów - powiedziałam po jakimś czasie. Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o ścianę.
- Wszystko okey?
- A co, normalnie opierał się otumaniona o ścianę?
- Znam cię zbyt krótko, żeby to wiedzieć - mruknął.
Miałam dosyć tej wycieczki, kiedy wreszcie dotarliśmy na dach. Tym razem chłopak od razu oddał mi klucze, a ja nie miałam aż tak wielkiego szczęścia, jak wcześniej. Z dobrą minutę szukałam właściwego. Olivier z cynicznym uśmieszkiem przyglądał się moim próbom. Nie powiem, dźwięk otwierającego się zamka, przyniósł mi ulgę. Tym razem on wyszedł pierwszy, niemalże wybiegł, jakby potrzebował powietrza. Nie wyszłam za nim. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak długo wchodziliśmy, jak wysoko to musi być.
- Zgubiłaś się tam? - zaśmiał się. Wzięłam głęboki wdech. Hailey, strach należy pokonywać. Delikatnie pchnęłam drzwi i nie zbyt pewnym krokiem wyszłam na dach. Od razu uderzył we mnie silny wiatr, który zagarnął mi włosy na twarz. Obejmowałam się ramionami i czułam, że jeśli się puszczę, to mogę dostać nieoczekiwanego ataku strachu, albo wręcz paniki, więc tylko machnęłam głową tak, aby podmuch powietrza sam zgarnął mi włosy do tyłu. Wtedy to odsłonił mi się obraz, ale nie chciałam patrzeć poza dach, więc wzrokiem szybko odszukałam chłopaka, który namówił mnie na to szaleństwo. Nasze spojrzenia się zetknęły. Owszem, nasz pan buntownik gapił się na mnie dziwnym wzrokiem, jakby chciał mnie przewiercić na wylot, zrozumieć. Niestety to niemożliwe. Ja zawsze mogę zachować się sprzecznie, jak to przyznał wujek.
- Co? - zapytałam w końcu.
- Nic - odparł, a dopiero po dłużej chwili dodał: - To kiedy mnie zepchniesz?
- Tym razem ci odpuszczę - odparłam, podchodząc kilka kroków. Staraj zachowywać się normalnie.
- Tak wspaniałomyślnie? - podszedł pewnie do krawędzi dachu, od "przepaści" dzieliła bo tylko bardzo niska bariereczka, złożona z kilku linek i drążków co jakąś odległość. Wzdrygnęłam się, widząc to.
- Mógłbyś odejść od krawędzi?
- Dlaczego? - włożył ręce do kieszeni.
- Jeszcze możesz mi się do czegoś przydać.
- Czy ja wiem - zaczął się bujać, do przodu, do tyłu, do przodu, do...
- Proszę, odsuń się od barierki - zaczęłam robić się nerwowa.
- Boisz się, że skoczę?
- Nie... że spadniesz na moich oczach - odparłam. - Odsuń się.
- To tylko kilka pięter w dół - prychnął. Normalka, nie? Co za świr.
- Odsuń się - powtórzyłam twardo.
- A jakbym się wychylił? - zrobił to, stał już tylko na jednej nodze z rękoma rozłożonymi na boki, a ja w ciągu może dwóch sekund znalazłam się przy nim, złapałam go trochę ponad nadgarstkiem na tyle mocno, że wyczułam jego tętno. Po prostu wbiłam palce w przedramię chłopaka, a następnie pociągnęłam go w moją stronę, aby ponownie złapał równowagę. Jednak jak zwykle w chwili stresu, miałam za dużo siły, Olivier szarpnięty przeze mnie, nie tylko znalazł się obiema nogami spowrotem na twardej powierzchni, lecz znalazł się strasznie blisko mojej osoby.
- Jednak jesteś całkiem silna, wiesz? - spojrzał na mnie, dosłownie z góry.
- Ja... - urwałam. Cofnęłabym się, ale ratując tego psychola, musiałam zniszczyć moją bezpieczną obręcz i zaczynałam to odczuwać.
- Czy ty się boisz? - odwróciłam głowę, ale po chwili szybko zamknęłam oczy. Gapienie się w dal to nie najlepszy pomysł.
- Ja się niczego nie boję.
- Mam tam wrócić? - zapytał, nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że na jego twarzy widnieje ten uśmieszek.
- Nie - odparłam cicho.
- Czyli nie boisz się psycholi, nawet takich jak ja, a wysokości już nie zniesiesz? - nie odpowiedziałam. - Okey, jest tutaj ogród, tam nie widać krawędzi, chodź - ominął mnie, a ja dopiero wtedy poczułam jakie ciepło od niego biło. Męczyła mnie chęć otworzenia oczu... może nie spadnę albo nie dostanę ataku paniki. Po sekundzie walki moim oczom ukazał się pierwszy taki widok w życiu. Ogromny las, kołyszące się korony drzew, ciągnące się aż po horyzont, który tonął w promieniach słońca. Nowy Jork musiało być widać z drugiej strony dachu, jednak nie byłam pewna, czy chcę to sprawdzać. - Ładny widok - odparł nieoczekiwanie przy mojej głowie, a ja aż podskoczyłam. - Niczego się nie boję, tak?
- Oprócz wysokości i psycholi na wysokości - warknęłam, ale kiedy tylko się oddalił, uśmiechnęłam się. - Ale co to by było za życie, bez takich świrów jak my?
Olivier?
Od Olivier'a - C.D Hailey
- Daj spokój, nic mi nie jest, tylko zemdlałam. - burknęła dziewczyna, usiłując wstać. Musiałem mocniej ją przytrzymać, żeby zatrzymać usilne wiercenie się. Była silniejsza niż przypuszczałem, że jest, mimo tego udało mi się ją utrzymać w jednym miejscu.
- Nigdzie. Nie. Idziesz. - warknąłem, zabierając od Chris'a apteczkę. - Dzięki. Możesz iść, w sumie Robert kazał jednemu z nas przyjść na przesłuchanie, czy coś w tym rodzaju. - dodałem, ponownie odchylając głowę Hailey. Przykładając rękę do jej szyi, poczułem bicie jej serca i to, jak nerwowo przełyka ślinę. Spojrzałem na nią spode łba. Miała zamknięte oczy, i nie otworzyła ich nawet, kiedy ją opatrywałem.
- Ta podłoga jest zimna. Mógłbyś przynajmniej położyć mnie na jakiejś ławce, albo czymkolwiek. - powiedziała z urazą w głosie.
- W zasadzie to już skończyłem.
- Pff... - prychnęła tylko, wstając gwałtownym ruchem, po czym otrzepała się z kurzu. Skrzyżowałem ręce na piersi, posyłając jej złośliwy uśmieszek. - Co się tak szczerzysz, psychopato?
- Musisz chyba załatwić sobie psa obronnego, cały czas spotykasz na swojej drodze psychopatów. Tylko różnica jest taka, że jeden cię pobił, a drugi, technicznie rzecz biorąc uratował. - odpowiedziałem na jej zagrywkę, na co brunetka przewróciła jedynie oczyma.
- Czasem zastanawiam się, jak ludzie z tobą wytrzymują.
- Nie musisz się zastanawiać. Sama właśnie to robisz. - wzruszyłem ramionami, chcąc ją jeszcze bardziej zdenerwować.
- Właśnie, że nie. Wcześniej ci uciekłam, i teraz też zamierzam. - odgryzła się, unosząc z triumfem prawą brew. Chciała już odejść, lecz ja złapałem ją za nadgarstek i odwróciłem w swoją stronę.
- Tu też się nie zgodzę. Poprzednim razem nie uciekłaś, to raczej ja odszedłem, a teraz też nigdzie nie idziesz. Muszę być pewien, że znowu nie upadniesz i nie trafisz na żadnego psychopatę. - posłałem jej najbardziej sarkastyczny uśmiech w swoim życiu, oczekując odpowiedzi.
- Co mam niby z tobą robić? Wkurzasz mnie. - ofuknęła się, po czym skrzyżowała ręce na piersi i oparła o ścianę.
- Nie wiem. To co teraz. Gadać. Chyba, że chcesz się błąkać po dachu Instytutu. - wyjąłem z kieszeni skórzanej kurtki klucze i zakręciłem nimi na palcu.
- Serio ukradłeś klucze na dach? Jesteś kompletnym psycholem.
- Nie ukradłem. Pożyczyłem. Czyli mam rozumieć, że nie chcesz sobie popatrzeć na zachód słońca z najwyższego punktu? Okej. Na pewno jakaś dziewczyna się skusi. - powiedziałem, wzruszając ramionami. Hailey odwzajemniła gest i z chęcią odejścia odwróciła się, jednak ja pociągnąłem ją ponownie za nadgarstek.
- To było pytanie retoryczne. Oczywiście, że idziesz ze mną. - zaśmiałem się.
- Jesteś tak irytujący, że chętnie zrzucę cię z tego dachu! Puszczaj mnie, idioto i przestań rżeć jak dławiący się koń! - syknęła, odwracając głowę w drugą stronę.
- Pfff... Udam, że tego nie słyszałem.
Od Evelyn do Olivier'a
Wychodząc z pokoju, narzuciłam jeszcze na ramiona swój cienki, polarowy koc i torbę ze strojem do ćwiczeń i ręcznikiem. Zamierzałam zahaczyć o bar, by wziąć dla siebie kawę, a następnie udać się prosto do sali treningowej.
Powoli przeszłam przez korytarze do baru, gdzie wzięłam półlitrowy termos z kawą i musiałam wrócić się na drugi koniec budynku, by znaleźć się w sali treningowej. Właśnie to najbardziej lubiłam w tej akademii - tą przestrzenność, wielkość pomieszczeń, nawał korytarzy, schodów i różnych zakątków. Mimo wszystko sporo było tu nowoczesności, dzięki czemu budynek nie przypominał wielkiego, opuszczonego zamczyska. Dla kogoś takiego jak ja, kto kochał wolność, wielkość Instytutu dawała jej namiastkę.
Ciemne korytarze oświetlał jedynie wpadający przez okna blask księżyca, malując na ścianach różnorakie cienie. W nocnej ciszy słyszałam tylko swoje kroki, lecz będąc już w połowie drogi, usłyszałam także inne kroki, ciężkie i głośniejsze, niż moje. Z każdą chwilą kroki stawały się coraz głośniejsze, a ja czułam na karku dziwne mrowienie, jak gdyby osoba idąca za mną mnie śledziła. Gdy obróciłam się, by zobaczyć kto to, ciemność skutecznie ukryła przede mną twarz osoby, sądząc po zarysie sylwetki wysokiego, postawnego chłopaka.
Zagryzłam wargę, wmawiając sobie, że to ktoś, kto tak jak ja na razie nie śpi i że po prostu wraca do pokoju. Nie łudziłam się, że to ktoś znajomy postanowił potowarzyszyć mi, gdyż wiedziałam, że w ośrodku nie ciesze się sympatią innych.
Moja nadzieja na to, iż nieznajomy nie podąża za mną prysnęła, gdy przeszliśmy obok korytarza z pokojami, a ja nadal słyszałam za sobą kroki. Oprócz lekkiej torby z ręcznikiem i strojem nie miałam niczego więcej, więc w razie ataku musiałabym liczyć tylko na siłę własnych rąk. W instytucie nie brak było szaleńców, którzy gotowi byli wykorzystać swe moce w niezbyt prawych celach. Mimo swojej siły, na pewno byłabym słabsza niż wyższy i postawniejszy ode mnie mężczyzna.
Chcąc sprawdzić, czy nieznajomy na pewno pójdzie za mną, skręciłam w najrzadziej uczęszczany, wąski korytarz. Oczywiście usłyszałam kroki za sobą. Idąc coraz szybciej, zatoczyłam ciemnymi korytarzami koło i skręciłam w ten prowadzący do sali treningowej. Cały czas słyszałam za sobą szuranie ciężkich butów, przystanęłam więc na rogu, opierając się o ścianę. Widziałam wyłaniający się zza rogu cień, sięgnęłam więc ręką w bok, a moje palce natrafiły na zimny metal. Gaśnica. Niewiele myśląc, zdjęłam ją ze ściany i wyważyłam w dłoniach, gotowa zadać cios, gdyby tylko postać zbliżyła się do mnie na wystarczającą odległość.
(Olivier?)
niedziela, 16 kwietnia 2017
Od Hailey C.D. Olivier'a
- Wykręciłam mu rękę, myślałam, że mogę go pokonać, ale... - zawahałam się chwilę. Olivier spojrzał na mnie wyczekując moich dalszych słów. - Powiem to jedyny raz, więc się nim naciesz. Okazało się, że nie jestem na tyle silna, żeby nawet go odepchnąć... no ale co poradzisz, jak najgorsze zbiry jakie spotkałam to dzieciaki z dzielnicy, które moi kumple znali aż za dobrze.
- Miałaś kumpli? - zdziwił się.
- Nie oceniaj ludzi po okładce, czy jak to tam szło - skrzywiłam się czyjąc palący ból, jakby ten świr nadal trzymał mnie za gardło. - No więc jak delikatnie oświadczyłam mu, że jego dwuznaczne propozycje mnie nie interesują, to się wykręcił, najpierw chciał mnie przewrócić, ale zanim do mnie podszedł, byłam spowrotem na nogach, więc machnął mną o ścianę, uderzyłam głową... właśnie - ręką przesunęłam po potylicy, gdzie wyczułam guz. - To będzie najpiękniejszy guz w moim życiu - burknęłam, a Olivier się zaśmiał. - Nie śmiej się, bo będziesz zęby z podłogi zbierał.
- Już się boję - odparł. - Szczególnie, że jesteś przymroczona i ledwo oddychasz.
- Kiedyś się przestraszysz... Wracając to jak już się ocknęłam, to wisiałam nad ziemią, nie mogłam nawet go dosięgnąć, a jego ręka, jak na złość, nie chciała nawet zadrżeć. A ten jego chory ryj, to mi nie pomagał. Gorsza śmierć od umierania patrząc na niego, to chyba tylko zakopanie żywcem! - chłopak pokręcił głową. - I co kręcisz tą głową. Też tak myślisz, tylko się nigdy nie przyznasz. I muszę przyznać...
- Co jeszcze? - przekręcił oczami.
- Że się wbrew pozorom straszliwie ucieszyłam na twój widok... chyba ostatni raz w życiu - wyszczerzyłam się. - A ten drugi to kto?
- Kto drugi? - zdziwił się.
- Ten z tymi przyjemnie zimnymi dłońmi, co nie poleciał się bić, tylko sprawdził, czy jeszcze żyję.
- Czy ty właśnie zarzuciłaś mi, że wolałem się bić, niż sprawdzić co z tobą? - jego głos był pełen niedowierzania.
- Nie - odparłam.
- Kłamiesz.
- Może. Albo to po prostu naturalna skłonność do obniżania poziomu twojego ego.
- Trochę...
- Wdzięczności? - przerwałam mu. Odwrócił się ode mnie, patrzył w stronę drzwi. W sumie też się zastanawiałam, co im się tak długo schodzi. - Em Panie Super Buntowniku?
- Nie wierzę, że to powiedziałaś...
- W kwestii wiary, to proszę kierować się gdzieś indziej. Dziękuję - dodałam szybko.
- Co? - odwrócił się, aby pokazać mi swój triumfalny uśmiech. Mogę się założyć, że nie pokazuje go często. On nie jest takim typem, a przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zawsze warto zrobić wyjątek dla tak upierdliwej istoty jaką jestem. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tej miny.
- Ty naprawdę masz problemy za słuchem - udałam zmartwioną. - Dziękuję, że uratowałeś moją niegodną uwagi osobę. Choć muszę przyznać, że dla widoku, kiedy rozwalasz mu twarz, to dałabym się ponownie podusić.
- Jesteś chora czy jak?
- Zdania są podzielone - odparłam. - Naucz mnie, bić się.
- Nie.
- Dlaczego? Toż to układ życia. Pomęczysz się ze mną, nauczysz, ja się będę potrafiła bronić i nie będziesz musiał się za mnie bić, bo widzisz, nie wierzę, że dostawanie w zęby za nową, to jedna z twoich ulubionych czynności - spojrzałam na leżącego, czy mi się wydawało, czy on się poruszył? Czemu Olivier gapi się w drzwi? Czy tylko ja widzę, że to głupota? - Ej czy to się poruszyło?
- Nie sądzę - nawet nie spojrzał, tylko dalej tkwił ze wzrokiem wbitym w drzwi. Jakiś metr ode mnie leżał metalowy drążek do ćwiczeń walki. Co oni w średniowiecze się tutaj bawili? Mimo wszystko, sięgnęłam po niego. Drzwi się otworzyły, a Olivier ruszył w ich stronę. Zaraz za nim podniósł się ten potwór. I kto miał rację? Z pomocą drążka dźwignęłam się na kolana, a potem wstałam.
- Olivier - ktoś się wydarł. Zanim zdąrzył się odwrócić, wzięłam zamach i z całej siły jaką miała przyłożyłam mojemu niedawnemu oprawcy w głowę. Potylica to śmieszna część głowy, zawsze działa, zawsze ucina film. Mężczyzna padł jak długi, a po chwili dopadło go kilku strażników. Chłopak stał jak wryty i patrzył się na mnie. Skąd mam tyle siły? Sama chciałabym wiedzieć.
- Nie ma... - i nagle mi też odcięło prąd. Ocknęłam się, po bliżej nie znanym mi czasie, leżałam na podłodze, nade mną pochylał się Olivier, dłońmi przytrzymywał mi głowę. Obok niego stał chłopak, który wcześniej pierwszy do mnie podszedł. Wskazałam na niego. - O niego pytałam.
- Co? - zdziwił się.
- Naprawdę? - zapytał Olivier. - Masz pewnie wstrząs mózgu i nadal o niego pytasz?
- Wrodzona ciekawość... albo odruch na ból głowy... albo na stres... albo... w sumie to nie wiem.
- Musisz tyle gadać? - warknął.
- Ej, a gdzie nagle twoje trochę wdzięczności? Uznajmy, że jesteśmy kwita i zapomnijmy o tym. Mogę już iść?
- Nie - burknął.
- Nie pomagasz.
- Jesteś tak irytująca, że aż głupia.
- A ty świetnie zastąpiłbyś psa obronnego i nie krzyczę tego na cały ośrodek.
Olivier?