piątek, 21 kwietnia 2017

Od Olivier'a - C.D Evelyn

     W czasie kiedy czekałem, aż dziewczyna w końcu wyjdzie z przebieralni, pozwoliłem sobie przemyśleć parę rzeczy. Między innymi fakt, dlaczego tak właściwie zrobiłem, to, co zrobiłem. Być może to było ze zwyczajnej nudy, a być może dlatego, że jestem po prostu stworzony do denerwowania innych ludzi, co dodatkowo sprawiało mi przyjemność. Jakby zastanowić się nad tym głębiej, to w sumie obydwie rzeczy były odpowiedzią na pytanie. Poza tym, będąc niewątpliwie przywódcą Buntowników moim zadaniem było ratować damy nie potrafiące się obronić przed napastnikiem, czyż nie?
- Długo będziesz jeszcze tak opierał się o tą ścianę? Bo jak widzisz, już się przebrałam. - bąknęła dziewczyna z niechęcią w głosie.
- Ależ jesteś zniechęcona. W taki sposób na pewno nie nauczysz się samoobrony. - wyszczerzyłem się sarkastycznie, rzucając w jej stronę podłużny kij służący do treningu. Złapała go w ostatnim momencie, dziwnie mierząc wzrokiem.
- Po co mi to?
- Jak to, po co? Trzeba od czegoś zacząć. Chyba, że taaak bardzo Ci się śpieszy, aby natknąć się na kolejnego porywacza.
- Czyli kolejny raz na Ciebie? Nie, dzięki. Mam ci ten kij wepchnąć w cztery litery? - burknęła z niezadowoleniem, przewracając oczyma.
- Nie, masz się bronić. - odparłem, delikatnie zirytowany zachowaniem dziewczyny. Wziąłem kij i stanąłem na przeciwko Evelyn, unosząc prawą brew.
- Wiesz w ogóle, co masz robić? - zapytałem, widząc jej postawę.
- Bronić się?
- Krótko mówiąc. Trzymaj go w ten sposób, i uważaj na palce. - powiedziałem, po czym stanąłem za czarnowłosą i pomogłem jej odpowiednio chwycić broń. Dziewczyna trochę się spięła, szczególnie, kiedy stanąłem naprzeciwko, gotów na 'krwawą' bitwę.
   Widząc jej delikatne zakłopotanie, zacząłem od łatwego do obronienia ataku, który odparła. Zacząłem obchodzić ją dookoła, chcąc zgubić jej czujność. Tym razem to Evelyn zaatakowała, lecz był to lekki i niepewny cios, który z łatwością obroniłem. Zaraz po tym to ja uderzyłem w jej nogi, czego zapewne się nie spodziewała, ale szybko odzyskała czujność. Pewnie stwierdziła, że to wcale nie takie trudne, na jakie wygląda. Zaatakowałem znów, tym razem w górę. Nasze kije dotknęły się, a ja przekręciłem go w taki sposób, abym stanął z brunetką twarzą w twarz. Dostrzegłem determinację w jej spojrzeniu, więc wykorzystując chwilę nieuwagi, podciąłem jej nogi, przez co ta upadła z dość głośnym hukiem, na szczęście na drewnianą podłogę.
     Spojrzałem na nią z góry, podając rękę. Z lekkim wahaniem ją chwyciła, po czym podciągnąłem ją delikatnie w górę, a dziewczyna przy tym szybko sięgnęła do mojej kieszeni, w której trzymałem klucz, jednak moja szybka reakcja sprawiła, że nadal miałem nad nią przewagę.
- Ze mną nie będzie tak łatwo. - wyszczerzyłem się, po czym skrzyżowałem ręce na piersi.
- Pff... Po prostu chcesz mnie tu przetrzymać i tyle. To wszystko jest niepotrzebne. Poza tym, przez ciebie boli mnie tyłek. Nie możesz po prostu dać mi tego klucza? - zapytała z niechęcią w oczach. Zaśmiałem się, odkładając obydwa kije na miejsce.
- Nudzi mi się, więc będziesz musiała znieść moje towarzystwo jeszcze przez chwilę.
- Jesteś okropny. - zmrużyła nienawistnie oczy, wystawiając język.
- A ty taka skromna, miła i uczynna, oczywiście. Jak już używamy ironii, to z rozmachem, nieprawdaż? - wzruszyłem ramionami.
- Dlaczego jesteś tak irytujący? Co ci zrobiłam?
- Eehm... - chrząknąłem cicho, zaczynając wyliczać na palcach. - Uderzyłaś mnie gaśnicą, wielokrotnie uraziłaś moją łatwą do zniszczenia dumę, groziłaś mi, próbowałaś uderzyć, kopnęłaś mnie... Mam wyliczać dalej? - uśmiechnąłem się szelmowsko, przekręcając głowę. Widać było, że wkurzyłem ją jeszcze bardziej.

Evelyn? Sorki, że musiałaś tak długo czekać, ale obowiązki, szkoła, problemy, treningi, zajęcia dodatkowe i zawody, a to wszystko w ciągu jednego tygodnia .-.

środa, 19 kwietnia 2017

Od Camryn C.D Chris'a

Opuściłam pomieszczenie, na pożegnanie trzaskając drzwiami. Po holu rozniósł się głośny huk, gdy drzwi powróciły na swoje miejsce. Lewa powieka oka drgała, a ja sama zaczęłam chodzić to w prawo to w lewo. Podejrzenia Anne sprawdziły się, mam arytmię serca, tak zwane kołatanie serca. Nic groźnego, jeśli będę słuchała zaleceń lekarza.  Jednak muszę zrezygnować z tak wielkiej liczby treningów, jakie sobie funduję. Irytujące.
Wpadłam do swojego lokum w powolnym tempie. Przebrałam się w wygodniejsze rzeczy, które zazwyczaj noszę na treningi. Ręcznik zarzuciłam na ramię, a bidon z wodą chwyciłam w dłoń. Przemierzając korytarze instytutu, piorunowałam ludzi wzrokiem,  których mijałam. Dziwnie na mnie spoglądali, gdy miałam na sobie kaptur od bluzy, która nie miała rękawów. Bez przeszkód doszłam do mojego celu. Moje rzeczy porzuciłam w kącie pomieszczenia.
Zaczęłam od zwykłego rozciągania i przebiegnięciu kilku kółek wokół pomieszczenia. Jakie szczęście, że nie miałam towarzystwa obcych ludzi. Wolałam mieć spokój, gdy odbywałam swój codzienny trening. Zawiązałam bandaże na rękach, by zaraz potem zacząć gimnastykę. W skłonie oparłam ręce na powierzchni parkietu Sali, szukając odpowiedniego podparcia. Westchnęłam cicho. Łapiąc odpowiednie podparcie dla ciała, wybiłam się nogami, przenosząc cały ciężar na ręce. Już po chwili stałam na rękach. Nogi miałam złączone cały czas, a ręce drżały mi niemiłosiernie. Jednak nie miałam za dobrze jeszcze rozbudowanych mięśni ramion. Oddychając spokojnie, rozłączyłam nogi. Powoli zabierałam jedną rękę tak, by znajdowała się wzdłuż ciała. Jednak coś nie wyszło…
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się z hukiem. Wzdrygnęłam się. Po sali rozniósł się mój urwany pisk zaskoczenia i uderzenie ciała o parkiet. Zaliczyłam piękną glebę na podłogę. 
W miarę szybko usiadłam, rozprostowując obolałe ciało. Kaptur bluzy zasłonił mi widok. Mruczałam ciche przekleństwa pod nosem. Zsunęłam kaptur, by spojrzeć na osobnika, który wparował do pomieszczenia jak do obory. 
- Co tak ostro? – zapytałam, podnosząc się do pionu. 
Zdziwiony mężczyzna przyglądał mi się. Ja jego twarzy malowało się lekkie zdziwienie. Biedak nie wiedział jak zareagować. 
- Mam z niemową do czynienia? – zaśmiałam się.
Poprawiając bandaże, podeszłam do worka treningowego. Czas wyładować całą frustrację. 
- Umiem mówić. – zdziwiona spojrzałam się na niego z rozbawieniem. 
- A myślałam, że niemowa jesteś. – zaśmiałam się pod nosem, wymierzając pierwszy cios. – Wybacz, jeśli uraziłam. 

< Chris? >


Od Chrisa C.D Camryn

Dziewczyna wyrwała mi broń i wycelowała w łeb sarny. Pociągnęła za spust i zwierzę było matwe.
-Nienawidzę patrzeć, jak niewinne zwierzę cierpi.
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu.
-Co tu robisz?
-Mogłabym zadać ci to samo pytanie
-Odpowiedziała natychmiastowo.
-Ah tak?-powiedziałem krzyżując ręce- Jestem tu z laboratorium, ponieważ wiele zwierząt jest zarażone poważnym wirusem, od którego ludzie zaczęli chorować. Miałem załatwić zwierzę, by przeprowadzono na nim eksperymenty i znaleziono antidotum.
-Ah... niewiedziałam-popatrzyła z wyrzutem na sarnę.
-Nieszkodzi-powiedziałem i wyjąłem nóż myśliwski- i tak postąpiłaś szlachetnie, umierało by od rany postrzałowej w nodze.
Nożem wyciąłem w skórze coś na wzór kwadratu i spakowałem bo do małego, szczelnego woreczka.
-A ty, co tutaj robisz? Na zewnątrz jest niebezpiecznie, szczególnie nocą.
-Musiałam odetchnąć, zaczerpnąć świerzego powietrza. Dam robię radę, nie mam trzech lat-rzuciła zirytowana
- Ten kawałek wystarczy, jestem pewien. -wzrokiem popatrzyłem na worek.
-Zostawisz ją tutaj? - powiedziała bezemocjonalnie
-W sumie, i tak jest martwa. Wilki będą miały co jeść. Powinniśmy już iść, uwierz - wilki to nic przyjemnego.
Na niebie wisiał srebrny, niczym koralik księżyc z mnóstwem gwiazd niechlujnie porozrzucanymi na niebie. Las spał, a wiatr lekko kołysał gałęziami drzew i krzewów.
Lekki śpiew niósł chuk sowy, oraz innych nocnych ptaków. Świerszcze i świetlki dały we znaki i dodawały nastroju temu pięknemu miejscu. Gdy dotarliśmy przed drzwiami instytutu nasze drogi się rozeszły.
Postanowiłem oddać próbkę do laboratorium, więc wszedłem do swojego pokoju i położyłem ją na elektrodzie, który wysyła przedmioty za metodą cząsteczek. Wybrałem w które miejsce ma być przetransportowana. Przedmiot natychmiastowo zaczął rozszczepiać się na małe, niebieskie cząsteczki aż znikł. Po wysłaniu położyłem się na łóżku. Już wiedziałem, że nie zasnę tej nocy. Spoglądałem na biały sufit mojego pokoju. Nie było nic bardziej interesującego. A tym momęcie przypomniałem sobie, że nie zapytałem jak się nazywa dziewczyna, którą spotkałem. Było w niej coś... innego, czego nie potrafiłem określić.
"Pewnie się starzeje"-pomyślałem.
Zamknąłem oczy i pogrążyłem się w otchłani czerni.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliviera

Idę skoczyć... Te słowa zapaliły czerwoną lampeczką w mojej głowie. Zwykle nie kalkulowałam, czy to żart, po prostu przerywałam to. Chłopak podniósł się i odwrócił, ale zanim zdążył zrobić krok, wskoczyłam mu na plecy, przez co się z hukiem przewrócił, a ja z nim. Nie to złe określenie... na niego. Wydał z siebie niemal niesłyszalny jęk, po czym podniósł się na dłoniach i przeturlał się na mnie, po czym zręcznie się odwrócił aby być twarzą do mnie, rękoma złapał mnie za przeguby i przyszpilił do ziemi.
- Co to było?!
- Akcja ratunkowa w akcie desperacji - wyszczerzyłam się. Z całej siły pchnęłam do z jednej strony, przeturlaliśmy się, tym razem on leżał. Wygodnie usadowiłam się tuż nad jego biodrami. - A więc... Olivierze jakiś tam, bo nazwiska mi nie podałeś, czy uczynisz mnie ten zaszczyt i przestaniesz strugać z siebie wariata, który chce zginąć w najgorszy dla mnie możliwy sposób? - po tych słowach, złapałam go za koszulkę, tuż przy szyi. - Jeszcze raz mi to zrobisz i będę musiała ci wydłubać te cholernie cudowne oczy i pozbawić cię szansy na dotarcie do tej jebanej krawędzi, jasne?!
- Mam cudowne oczy?
- Wpadka natury przy tworzeniu cię o władco ciemności - puściłam jego koszulkę.
- A tak poza, to nie za wygodnie ci?
- Czy ja wiem... kościsty jesteś - skrzywiłam się.
- I kto tu czego chce? - uniósł brew. Położyłam dłonie po bokach jego głowy i się schyliłam.
- Ja tylko błagam o wybaczenie - szepnęłam.
- Tak? - odparł też szeptem.
- Mhm, ale cicho, ty nic nie wiesz.
- Okey - ledwo powstrzymywał śmiech.
- Ej Olivier.
- Co? - burknął. Huśtawki nastrojów czy jak?
- Nie skacz. Nie warto. Tylko sobie coś łamiesz.
- Skąd taki wniosek? - odwróciłam głowę, w tym momencie widok wysokości i koron drzew, ciągnących się ku horyzontowi, mi nie przeszkadzał.
- Z doświadczenia.
- Jak to? - podniósł się i odparł na łokciach, jednak nie zrzucił mnie z siebie.
- Normalnie. Przed Brooklynem, mieszkaliśmy w Paryżu. Do naszego domu dostał się zarażony, było ich więcej i więcej. Miałam przeskoczyć na dach sąsiedniego budynku. Od zawsze bałam się wysokości... no i wtedy słuszność tego strachu się potwierdziła - spojrzałam mu w oczy. - A czy ty wiesz, jak to jest mieć złamaną nogę w trzech miejscach?
- Nie - odparł.
- To dobrze, bo to nic ciekawego. Więc nie skacz aniołeczku, bo sobie daleko nie polatasz - dziwnie się na mnie patrzył, ze smutkiem. - Nie patrz się tak, bo naprawdę coś ci zrobię.
- Co? - wyszczerzył się.
- Wytnę oczy, wrzucę do szklanki i postawię sobie przy łóżku.
- Twarda sztuka z ciebie.
- I to mówi chłopak o metalowym uścisku? Proszę cię, kajdanki są wygodniejsze!
- Skąd to wiesz? - zaciekawił się.
- Ja? Znikąd...
- Haile...
- No okey, może z raz zgarnęli mnie do domu, jak się pałętałam po mieście nocą... I nie dasz rady wytłumaczyć, że doskonale wiesz, gdzie jesteś - skrzyżowałam ręce na piersi.

Olivier?

Od Olivier'a - C.D Hailey

- Raczej nudne. W sumie i tak w tym Ośrodku nic się nie dzieje. Oprócz Ciebie i psychola, który cię dusił. - odparłem, siadając na rogu, nadal wpatrzony w nieziemski widok. Brunetka usiadła obok mnie, po czym szturchnęła mnie łokciem z impetem.
- Dzięki za porównanie do psychola. - burknęła dziewczyna, przewracając oczyma.
- Przecież wiesz, że zawsze jestem pomocny. Czy ja kiedykolwiek ci nie pomogłem? - zapytałem, udając zszokowanego.
- Nie licząc tego, że znam cię od jakichś paru godzin, to tak, nie pomogłeś mi znaleźć mojego pokoju. - powiedziała Hailey, wzruszając ramionami.
- Pff... Przynajmniej dałem ci klucze. - oburzyłem się, krzyżując ręce na piersi.
- Jakiś ty hojny... - żachnęła się, udając zaskoczoną. Momentalnie klęknąłem przed nią i złożyłem ręce, robiąc słodką minę.
- Proszę, wybacz mi za moje grzechy! - krzyknąłem teatralnie, udając załamanie.
- Ach... Nie wiem, czy będę w stanie, Olivierze! - brunetka podchwyciła aluzję, kładąc zewnętrzną część dłoni na głowie i przekręcając głowę lekko w bok. Miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, ale w sumie to całe przedstawienie wydawało się być niezłe.
- Hailey, jesteś moim światłem w tunelu, och, wybacz mi! - dalej grałem, w pewnym momencie ujmując jej dłoń.
- No dobrze, skoro nalegasz... - spojrzała na mnie niezwykle poważnym wzrokiem. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie w milczeniu.
- To jest ta scena, w której się całujemy. - powiedziałem szeptem.
- Chciałbyś. - uniosła prawą brew, po czym wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem, a zaraz za mną dziewczyna.
- Teraz to ty mnie uraziłaś. Błagaj o przebaczenie. - uniosłem prawą brew, unosząc głowę w górę z triumfem.
- Teraz to żartujesz? Bo wyglądasz cholernie poważnie.
- Ja i żarty? Za kogo ty mnie uważasz? Za jakiegoś wrednego gówniarza, który z wszystkiego żartuje? Pff... Idę skoczyć. - burknąłem, wstając ze swojego miejsca.

Hailey? Sorki, że krótsze, ale chcę zobaczyć reakcję Hailey na tą informacje xDD

Od Camryn C.D Chris'a

 Muzyka płynęła przez słuchawki. Całkowicie odcięłam się od świata zewnętrznego,  gapiąc się na nieskażony niedoskonałościami, biały sufit przychodni. Lewa noga, która była zgięta, tupała w rytm muzyki, odbijając się od miękkiej powierzchni ławki na poczekalni. Pracownicy medyczni przechodząc obok mnie, posyłali mi nieprzychylne spojrzenia. Od czasu do czasu odprowadzałam ich wrogim, obojętnym spojrzeniem. Mieli prawo mnie pouczać i patrzeć na mnie krzywo, gdyż zachowałam się niekulturalnie. Ale trudno. Takie życie. Każdy by poszedł w moje ślady, gdy kazaliby mu siedzieć dwie godziny i czekać na głupie wyniki badań.
Z błogiego spokoju wyrwało mnie natrętne pukanie w ramię. Leniwie zwróciłam wzrok na osobę, której cień na mnie padał. Westchnęłam cicho, spoglądając na kobietę po czterdziestce.
Ruchem dłoni wskazała mi drzwi, prowadzące do gabinetu. Wyciągnęłam z uszu słuchawki, wstając do pozycji pionowej.
- Koledzy z pracy skarżą się na ciebie. – zaśmiała się ciepło.
Słysząc jej śmiech, na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Miła z niej kobieta.
- Irytujący ludzie tu pracują. – mruknęłam pod nosem.
Szłam za nią do gabinetu, rozprostowując zdrętwiałe mięśnie ramion. Będąc w środku usiadłam na kozetce, machając nogami jak mała dziewczynka. Nawyk z czasów, gdy byłam małym, nieznośnym bachorem. Dobre czasy.
- I co wyczytałaś z tych badań, hm?
- Moje podejrzenia chyba się sprawdzają… - mruknęła, przeglądając stosik kartek, które wertowała. Z westchnieniem odłożyła je na biurku, po czym przetarła oczy.
- Czyli? – zapytałam.
Podeszłam do biurka, opierając się o nie rękoma. Wbiłam w nią wzrok, oczekując na wyrok.
- Powtórzmy jeszcze raz… - mruknęła, powracając do wyników. – Miewasz uczucie szybkiego lub nierównomiernego bicia serca. Czasem też czujesz ból w klatce piersiowej i osłabienie…
- Tak, do czego zmierzasz?
- Masz prawdopodobnie arytmie, moja droga.
Zatkało mnie. Głos uwiązł mi w gardle. Że co mam?! Przecież zawsze byłam zdrowa i nie miewałam problemów ze zdrowiem. No tak, czasem trafiały się przeziębienia i inne choróbska, ale choroba serca?
- Spokojnie. Jeszcze zrobimy ci kilka badań, a do tego czasu, zmniejsz swoje treningi.
- Niech będzie.
Przez resztę dnia, opierdzielałam się jak nigdy. Odechciało mi się wszystkiego. Ja i choroby serca? Bez przesady. Popijając kawę i stojąc przy oknie, podziwiałam zachód słońca. Zbliżała się noc. Moja ulubiona pora dnia. Odłożyłam kubek na szafkę nocną, by zaraz zacząć się ubierać. Nigdy nie lubiłam siedzieć bezczynnie, a nocne spacery zawsze uwielbiałam. Wychodząc z pokoju, schowałam broń za pasek spodni. 
Już od jakiegoś czasu śledziłam poczynania pewnego osobnika, który polował na sarnę. Czuł moją obecność od pewnego  czasu, gdyż często tracił czujność na zwierzynie, która miała być jego ofiarą. Byłam jak jego cień, oddalona o kilka metrów od niego, by mnie nie zauważył. Moje czarne ubrania, bardzo pomagały mi w ukrywaniu się. Wdrapałam się po cichu na drzewo. Z gałęzi podziwiałam jego poczynania, nie tracąc go z oczu. Wzdrygnęłam się lekko, słychać dźwięk strzału. Sarna padła, dziwnie uginając tylną nogę. 
Zeskoczyłam z drzewa. Jednak lądowanie nie wyszło mi za dobrze, gdyż upadłam z plaskiem na ziemię. Mruknęłam zirytowana  podnosząc się z ziemi. Poczułam ból w pewnym partiach mojego ciała. Tym samym zwróciłam na siebie wzrok obcego człeka. Bacznie mnie obserwował, podnosząc jedną brew do góry. 
- Na co się gapisz, hm? – mruknęłam, otrzepując się z resztek ściółki leśnej. – Nie widziałeś nigdy ludzi, którzy spadają z drzew?
Nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Jedyne co zrobił, to spiorunował mnie wzrokiem. Chłodno i z obojętnością wbiłam w niego wzrok. A wiec to tak? Moją uwagę przykuł szelest. Spojrzałam kątem oka w tamtą stronę, gdzie leżała cierpiąca sarna. Ponownie przeniosłam na niego wzrok, gdzie zauważyłam odbezpieczoną broń. Westchnęłam cicho. Nim ten zdążył zareagować, wyszarpnęłam z jego dłoni broń. Wymierzyłam i strzeliłam w zwierzę, by zakończyć jego cierpienie. Skierowałam lufę w dół, unosząc dłoń w jego stronę.
- Nienawidzę patrzeć, jak niewinne zwierze cierpi.

< Chris? >




Od Evelyn C.D. Oliviera

Spojrzałam niepewnie na chłopaka, a później na jego palce oplatające mój nadgarstek. Ten, jakby widząc moje niezadowolenie z jego dotyku, puścił mnie szybko, unosząc ręce w obronnym geście.
- Rozumiem, że za takie zachowanie mógłbym oberwać drugi raz? - zażartował, a ja wzruszyłam ramionami, pozostawiając jego pytanie bez odpowiedzi, ignorując je.
- Evelyn - przedstawiłam się, gdy chłopak wstawał. Z niepokojem obserwowałam, czy nie zachwieje się ani nie będzie miał żadnych dolegliwości pozostawionych przez bliskie spotkanie z gaśnicą. - Na pewno wszystko w porządku?
Chłopak stanął pewnie na nogach, a na jego ustach wykwitł złośliwy uśmiech, gdy zmierzył wzrokiem całą mą sylwetkę. Najwidoczniej uznał to, że tak drobna osoba go powaliła, za niezwykle zabawne.
- Ze mną tak - zaśmiał się. - Ale wydaje mi się, że nie powinnaś chodzić o tej porze sama po instytucie. Szczególnie w takim stroju. Co, jeśli spotkasz kogoś, kto nie będzie tak miły jak ja? - zakpił.
Słysząc wzmiankę o moim stroju, spojrzałam na siebie. Koc opadł na ziemię, kiedy uderzyłam chłopaka, a poły swetra rozchyliły się, ukazując krótką koszuleczkę i spodenki od piżamy. Poczułam, że się czerwienię i wściekła zaczęłam zapinać guziki w długim swetrze.
- Skoro udało mi się powalić ciebie, dla innych nie miałabym więcej litości - warknęłam. - Zamierzałam być miła i pójść po lód, ale radź sobie sam - już miałam sięgać po koc i odwrócić się na pięcie, gdy usłyszałam cichy śmiech chłopaka. - Ten wielki guz na czole doskonale upodabnia cię do jednorożca - dodałam uszczypliwie, chcąc go zdenerwować, nie wyszło mi to jednak, gdyż chłopak jeszcze głośniej parsknął śmiechem.
Prychnęłam, podnosząc koc i torbę z ziemi, lecz gdy chciałam odejść, poczułam mocne pociągnięcie za sweter.
- Nigdzie nie idziesz - usłyszałam rozbawiony głos. - Niebezpiecznie jest pałętać się tu samemu nocą.
- Jeśli mnie nie puścisz, zaraz ty znajdziesz się w niebezpieczeństwie - zagroziłam, czym wywołałam kolejny napad śmiechu u chłopaka.
- To jest twoja broń? Grozisz, dopóki przeciwnik nie umrze ze śmiechu? - mruknął, gdy już się uspokoił.
- Jesteś bezczelny - warknęłam, chcąc go uderzyć, jednak nie wyszło mi to tak, jakbym tego oczekiwała. Chłopak chwycił szybko moją rękę i stając za mną, wykręcił mi ją za plecy. Następnie objął mnie w pasie i unieruchomił drugą rękę. Czując jego dotyk tak blisko, próbowałam się wyrwać, jednak nie zdało się to na nic.
- Spokojnie, bo zrobisz sobie krzywdę, Evelyn - usłyszałam jego rozbawiony szept wprost do mojego ucha. - Chciałem normalnie porozmawiać.
- Puść - warknęłam, wyrywając się, jednak tym razem nie miałam najmniejszych szans. Wcześniej udało mi się powalić chłopaka dzięki temu, że miałam po swojej stronie ciemność i efekt zaskoczenia. Tym razem jednak nawet się nie łudziłam, byłam zdana na tego silnego olbrzyma. - To nie jest normalna rozmowa, szczególnie, gdy nie znam nawet twojego imienia, a ty zachowujesz się, jakbym była twoją własnością.
- Nie przedstawiłem się? Och, gdzie są moje maniery - zakpił. Prychnęłam, zauważając komizm sytuacji. Byłam unieruchomiona przez niego, a on wspomina o manierach? - Jestem Olivier. Gdzie się wybierałaś?
- Nie twój cholerny interes - syknęłam, wyrywając się.
- Powiedz, a cię puszczę - obiecał poważnym tonem.
Zastanowiłam się przez chwilę, jednak stwierdziłam, że mu nie ufam. I na pewno nie powiem mu prawdy. Byłam zbyt dumna, by dać mu wygrać.
- Odpłacisz mi za to - wysyczałam, kopiąc go, nie zrobiło to na nim jednak większego wrażenia i dodatkowo stanął w taki sposób, że swoją nogą blokował ruchy moich. Nie mogłam go nawet kopnąć.
- Odpowiedz - powiedział spokojnie.
- Wracałam z kawą do pokoju - skłamałam gładko, słodkim głosikiem. Wiedziałam, że kłamstwo przychodziło mi w tak łatwy sposób, że Olivier gotów byłby mi uwierzyć, gdyby nie to, że przechodziliśmy obok pokoi, a ja wcale tam nie skręciłam.
Chłopak roześmiał się, przez co poczułam na swoich plecach wywołane śmiechem drżenie jego klatki piersiowej.
- Uważasz mnie za idiotę? - zapytał rozbawionym tonem, ewidentnie zauważając kłamstwo.
- Mam być szczera, czy miła? - zapytałam słodko. - Oczywiście, że uważam cię za idiotę. Wielkiego, silnego idiotę, który kieruje się instynktem jaskiniowcy, zamiast mózgiem. Chociaż w twoim przypadku niewykluczone jest, że możesz go nie mieć... - wiedziałam, że gdybym była miła, już dawno by mnie puścił, jednak moja wrodzona krnąbrność nie pozwalała na to. Nigdy nie byłam nauczona uginać się przed kimś, nawet jeśli niosło to ze sobą kłopoty.
- Och, mała, po co te kłamstwa? Jesteśmy obok sali treningowej, a ty masz w torbie strój do ćwiczeń - zauważył, a ja dopiero teraz zauważyłam, że zdradza mnie otwarta torba, która po upadku na ziemię rozchyliła się, ukazując swą zawartość. - Te treningi chyba nie zdają ci się na wiele, skoro nie potrafisz wyplątać się z prostej dźwigni? - zakpił.
- Pożałujesz - warknęłam, szarpiąc się, a po chwili poczułam, jak Olivier rozluźnia uścisk, wypuszczając mnie.
Obróciłam się, patrząc na niego ze zdziwieniem pomieszanym z nienawiścią. Chłopak sięgał właśnie po moją torbę, pakując do niej koc i przewieszając ją sobie przez ramię. Rozejrzałam się wkoło i spojrzała na niego, oceniając, czy dogoniłby mnie, gdybym teraz puściła się biegiem prosto do pokoju.
- Nawet o tym nie myśl, nie dasz rady mi uciec - jakby czytając mi w myślach, podniósł na mnie rozbawiony wzrok. - Poza tym, klucze od pokoju masz w torbie, którą mam ja. Gdzie pójdziesz?
- Uważasz mnie za rozrywkę, czy po prostu dla każdego jesteś takim dupkiem? - warknęłam.
- Tak dużo wyzwisk, tak dużo nienawiści... - roześmiał się. - A ja chcę ci tylko pomóc.
- Niby jak? - syknęłam.
- W treningu. Już udowodniłaś, że radzisz sobie beznadziejnie i potrzebujesz dobrego nauczyciela - zaśmiał się, odgarniając jednym, szybkim ruchem opadające na czoło, ciemne włosy.
Już miała odpyskować, że nie potrzeba mi jako nauczyciela silnego półgłówka, wolałam jednak wykorzystać tą chwilę na rzucenie się do ucieczki, nawet jeśli nie miałam kluczy. Nie zdążyłam jednak zrobić nawet trzech kroków, gdy Olivier złapał mnie z westchnieniem za rękę, pociągając w swoją stronę i prowadząc jak niegrzeczne dziecko do sali treningowej, którą zamknął na klucz, po czym ukrył go w kieszeni swoich spodni.
- Przestań ciągać mnie za sobą jak psa - mruknęłam niezadowolona, wyrywając mu moją rękę z uścisku.
- Och, nie traktuję cię jak psa, Evelyn - zapewnił brunet. - Chyba żaden pies nie warczy tyle co ty - dodał ze złośliwym uśmiechem. - Zamknąłem salę. Wypuszczę cię stąd, gdy odbierzesz mi klucze - poklepał się po kieszeni, w której je ukrył. - I przebierz się. Chyba, że chcesz ćwiczyć w tej seksownej, krótkiej piżamce. Ja tam nie mam nic przeciwko - zapewnił rozbawiony, podając mi moją torbę.
Z wściekłością wyrwałam mu ją, idąc do przebieralni, by zmienić piżamę na sportowe spodenki i podkoszulek. Jednocześnie zastanawiałam się nad tym, czy znajdę inne wyjście z tej sali. Na nic by się to jednak zdało, gdyż zauważyłam właśnie, że klucze do mojego pokoju zniknęły z torby. Cwaniak, musiał wziąć pod uwagę, że i tak będę próbowała stąd uciec. Może jednak wcale nie był taki głupi... Chociaż niewątpliwie cholernie pewny siebie i irytujący. Miałam ochotę zetrzeć mu z twarzy ten pełen zadowolenia uśmieszek...

(Olivier?)

Od Chris'a C.D Camryn

Była już noc, wiatru prawie nie było, na niebie można było zobaczyć niezbyt miło wyglądające szare jak kawałki krzemienia chmury, zbliżające się w stronę lasu. Na niebie było tysiące gwiazd, a wśród nich księżyc. Jego zdradliwe światło próbowało się przebić przez konary drzew, tych większych i mniejszych. Cisza. Cisza dzwoniąca w uszach. Bijące ludzkie  serce. Mnóstwo nowych zapachów , nowych terenów. Byłem sam, a raczej tak mi się wydawało. Uważnie stawiałem każdy krok by jakaś podła gałąź nie zniszczyła panującego tu spokoju. Jeden ruch, oddech czy nie właściwy krok mógłby spłoszyć mój cel. Sarna, stojąc dumnie niczego się nie spodziewała. Zacząłem robić kolejny krok i nagle... Szelest, który nie wydobył się spod moich nóg postawił w niepewności zwierzynę. Sarna nie pewnie rozglądnęła się, jakby się bała. Całe moje polowanie może się nie udać, jednak musiałem być na to przygotowany. W oddali było słychać sowę, której krzyk niosło echo lasu. Czekałem na jej krok, gdyż byłem za daleko, by móc ją złapać.  Sarna zaczęła się oddalać, jakby spacerowała po lesie. Następny krok, i kolejny. I nagle zdradziecka gałąź chrupnęła pod moim butem. Tym razem zamknąłem oczy. Czułem czyjś wzrok na sobie. Mój cel zaczął się oddalać, psując całe polowanie. Wreszcie rzuciłem się do biegu, byłem nie zadowolony. Nie byłem zbyt szybki, ale miałem dużo siły i upartości. Nagle zwierzę się zatrzymało a ja z nim. Wykorzystałem chwilę i strzeliłem w sarnę. Postrzeliłem jej nogę, przez co nie mogła uciec. Znów czułem czyjś wzrok na sobie. Lekko odwróciłem głowę i zobaczyłem...

Camryn?
[Sr że tak długo czekałaś ale nie miałam weny ;~;.

Od Olivier'a - C.D Evelyn

     Zawzięte wpatrywanie się w sufit ostatnio było coraz bardziej interesującym zajęciem w moim życiu, zważywszy na to, że w Instytucie nie działo się ostatnimi czasy prawie nic. Treningi były mozolne, ustalone standardy nudne, a jakiekolwiek ciekawsze wydarzenia prawie nie miały tu miejsca. Ostatnio zacząłem się nawet zastanawiać, czy gdyby wysłano nas na zewnątrz, do zarażonych wirusem, nie byłoby ciekawiej. Przynajmniej dzikie odgłosy zarzynanych ludzi i demonów, widok krwi i adrenalina wzbudzałyby w nas jakiekolwiek emocje. W tej chwili nawet pluszak, którego dostałem na urodziny od siostry wydawał się ciekawy. Mimowolnie z zabawki przeniosłem spojrzenie na okno, a ku mojemu zdziwieniu, już zrobiło się całkowicie ciemno. Postanowiłem w końcu wstać i pójść przejść się po Ośrodku, może pójść zapalić papierosa albo do kawiarni coś zjeść. Albo wszystko na raz.
     Nałożyłem na siebie skórzaną kurtkę i zamknąłem drzwi do pokoju, po czym ruszyłem przed siebie ciemnymi korytarzami. Fakt, o tej godzinie było tu trochę ciemno, ale znałem ten Ośrodek na wylot, zwłaszcza, że tu się urodziłem.
     Pierwszym miejscem, które napatoczyło się na mojej drodze, była kawiarnia, w której postanowiłem zamówić latte i najnormalniejszego rogala. O tej godzinie nie było tu zbyt wielu osób, jak w sumie zawsze, więc mogłem w spokoju pochłonąć swoje jedzenie. Zasunąłem za sobą krzesło i poszedłem przed siebie, tam, gdzie nogi mnie poniosą. Po drodze zapaliłem papierosa, gdyż potrzeba, rzadka, ale jednak - była nie do wytrzymania. W pewnym momencie, usłyszałem przed sobą ciche kroki. Cóż, nie powiem, było to dosyć podejrzane, zwłaszcza, że żaden facet nie poruszałby się tak cicho, a dziewczyna o tej godzinie w Instytucie to... dosyć dziwna rzecz? W każdym bądź razie, chcąc dowiedzieć się, czyje to kroki, przyspieszyłem, chcąc dogonić ową postać. Skręciłem za nią do wąskiego korytarzyka, w którym, przyznam się, byłem tylko kilka razy. Nim zdążyłem się zorientować, co się dzieję, dostałem czymś twardym w głowę i upadłem.
     Obudziłem się na twardej posadzce z ogromnym bólem, który nasilał się wraz z każdą kolejną sekundą, odkąd kontaktowałem. Powoli otworzyłem oczy, i zobaczyłem przed sobą drobną postać.
- Dobre uderzenie... - burknąłem, próbując się podnieść. Wymasowałem delikatnie czoło, czując dość spory guz pod palcami. - Świetnie...
- Ja... Sorry. Myślałam, że to...
- Pedofil? - przerwałem dziewczynie, otrzepując się z kurzu.
- Mniej więcej. - wzruszyła niepewnie ramionami. - Przyniosę coś zimnego... Obudziłeś się bardzo szybko. - dodała, odwracając się na pięcie. Szybko złapałem ją za nadgarstek, przez co ta spojrzała na mnie niepewnie.
- Mogę chociaż dowiedzieć się jak ma na imię dziewczyna, która mnie pobiła? - zapytałem, irytująco się szczerząc.

Evelyn?

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliviera

- Chętnie powtórzę - zaśmiałam się.
- Jesteś niemożliwa - jego dłoń nadal ściskała moją rękę tuż nad nadgarstkiem.
- Jeszcze nie znasz moich możliwości - próbowałam się wywinąć, jego uścisk był jakby ze stali.
- Lubię wyzwania.
- Ja też - wyszczerzyłam się, aby po chwili skrzywić. - Z czego ty jesteś zrobiony?
- Zdania są podzielone.
- Dobrze, to jeśli nie chcesz mnie puścić, to chociaż chodźmy - odparłam. Kiwnął głową i pociągnął mnie w stronę drzwi. Musiałam się nieźle wysilić, żeby dorównać mu kroku, pomimo że byłam niewiele niższa od niego. Doszliśmy do klatki schodowej, która zresztą znajdowała się bardzo blisko sali treningowej. Oparłam się jednym ramieniem o ścianę, w tym czasie Olivier męczył się z kluczami. Podobno te schody prowadziły wyłącznie na dach, nigdzie indziej.
- Daj to - odparłam wyciągając rękę, niechętnie oddał mi brzęczący pęk.
- Proszę bardzo, próbuj - przejrzałam klucze, ene due... ten. Wzięłam jeden z nich w dłoń, wsadziłam do zamka i przekręciłam. - Głupi ma zawsze szczęście.
- Nie da się zaprzeczyć, skoro mnie spotkałeś - wybuchnęłam krótkim śmiechem. Otworzył drzwi.
- Panie przodem - spojrzałam do pomieszczenia. Nie podoba mi się to.
- Ile tu jest schodów? - zapytałam, nie ruszając się z miejsca.
- Nie chcesz widzieć - złapał mnie za ramię i zręcznie wpechnął na klatkę. - Musisz iść pierwsza, żebym cię mógł złapać, jeśli zaczniesz spadać.
- Przyznaj, że chcesz się po prostu pogapić.
- Jakby było na co - odparł z tym jego uśmieszkiem.
- Nawzajem, Oluś - przez jego twarz jak błyskawica przeleciał cień wściekłości. Słaby punkt? Na razie nie będę tego sprawdzać, ale zapamiętam sobie. - Nie pień się, chodź.
Odwróciłam się i ruszyłam schodami. Chłopak przez jakiś czas, coś mruczał, warczał, komentował, ale w końcu usłyszałam jego szybko zbliżające się kroki, które złapały mój rytm, kiedy tylko znalazły się centralnie za mną.
- Nie lubię schodów - powiedziałam po jakimś czasie. Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o ścianę.
- Wszystko okey?
- A co, normalnie opierał się otumaniona o ścianę?
- Znam cię zbyt krótko, żeby to wiedzieć - mruknął.
Miałam dosyć tej wycieczki, kiedy wreszcie dotarliśmy na dach. Tym razem chłopak od razu oddał mi klucze, a ja nie miałam aż tak wielkiego szczęścia, jak wcześniej. Z dobrą minutę szukałam właściwego. Olivier z cynicznym uśmieszkiem przyglądał się moim próbom. Nie powiem, dźwięk otwierającego się zamka, przyniósł mi ulgę. Tym razem on wyszedł pierwszy, niemalże wybiegł, jakby potrzebował powietrza. Nie wyszłam za nim. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak długo wchodziliśmy, jak wysoko to musi być.
- Zgubiłaś się tam? - zaśmiał się. Wzięłam głęboki wdech. Hailey, strach należy pokonywać. Delikatnie pchnęłam drzwi i nie zbyt pewnym krokiem wyszłam na dach. Od razu uderzył we mnie silny wiatr, który zagarnął mi włosy na twarz. Obejmowałam się ramionami i czułam, że jeśli się puszczę, to mogę dostać nieoczekiwanego ataku strachu, albo wręcz paniki, więc tylko machnęłam głową tak, aby podmuch powietrza sam zgarnął mi włosy do tyłu. Wtedy to odsłonił mi się obraz, ale nie chciałam patrzeć poza dach, więc wzrokiem szybko odszukałam chłopaka, który namówił mnie na to szaleństwo. Nasze spojrzenia się zetknęły. Owszem, nasz pan buntownik gapił się na mnie dziwnym wzrokiem, jakby chciał mnie przewiercić na wylot, zrozumieć. Niestety to niemożliwe. Ja zawsze mogę zachować się sprzecznie, jak to przyznał wujek.
- Co? - zapytałam w końcu.
- Nic - odparł, a dopiero po dłużej chwili dodał: - To kiedy mnie zepchniesz?
- Tym razem ci odpuszczę - odparłam, podchodząc kilka kroków. Staraj zachowywać się normalnie.
- Tak wspaniałomyślnie? - podszedł pewnie do krawędzi dachu, od "przepaści" dzieliła bo tylko bardzo niska bariereczka, złożona z kilku linek i drążków co jakąś odległość. Wzdrygnęłam się, widząc to.
- Mógłbyś odejść od krawędzi?
- Dlaczego? - włożył ręce do kieszeni.
- Jeszcze możesz mi się do czegoś przydać.
- Czy ja wiem - zaczął się bujać, do przodu, do tyłu, do przodu, do...
- Proszę, odsuń się od barierki - zaczęłam robić się nerwowa.
- Boisz się, że skoczę?
- Nie... że spadniesz na moich oczach - odparłam. - Odsuń się.
- To tylko kilka pięter w dół - prychnął. Normalka, nie? Co za świr.
- Odsuń się - powtórzyłam twardo.
- A jakbym się wychylił? - zrobił to, stał już tylko na jednej nodze z rękoma rozłożonymi na boki, a ja w ciągu może dwóch sekund znalazłam się przy nim, złapałam go trochę ponad nadgarstkiem na tyle mocno, że wyczułam jego tętno. Po prostu wbiłam palce w przedramię chłopaka, a następnie pociągnęłam go w moją stronę, aby ponownie złapał równowagę. Jednak jak zwykle w chwili stresu, miałam za dużo siły, Olivier szarpnięty przeze mnie, nie tylko znalazł się obiema nogami spowrotem na twardej powierzchni, lecz znalazł się strasznie blisko mojej osoby.
- Jednak jesteś całkiem silna, wiesz? - spojrzał na mnie, dosłownie z góry.
- Ja... - urwałam. Cofnęłabym się, ale ratując tego psychola, musiałam zniszczyć moją bezpieczną obręcz i zaczynałam to odczuwać.
- Czy ty się boisz? - odwróciłam głowę, ale po chwili szybko zamknęłam oczy. Gapienie się w dal to nie najlepszy pomysł.
- Ja się niczego nie boję.
- Mam tam wrócić? - zapytał, nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że na jego twarzy widnieje ten uśmieszek.
- Nie - odparłam cicho.
- Czyli nie boisz się psycholi, nawet takich jak ja, a wysokości już nie zniesiesz? - nie odpowiedziałam. - Okey, jest tutaj ogród, tam nie widać krawędzi, chodź - ominął mnie, a ja dopiero wtedy poczułam jakie ciepło od niego biło. Męczyła mnie chęć otworzenia oczu... może nie spadnę albo nie dostanę ataku paniki. Po sekundzie walki moim oczom ukazał się pierwszy taki widok w życiu. Ogromny las, kołyszące się korony drzew, ciągnące się aż po horyzont, który tonął w promieniach słońca. Nowy Jork musiało być widać z drugiej strony dachu, jednak nie byłam pewna, czy chcę to sprawdzać. - Ładny widok - odparł nieoczekiwanie przy mojej głowie, a ja aż podskoczyłam. - Niczego się nie boję, tak?
- Oprócz wysokości i psycholi na wysokości - warknęłam, ale kiedy tylko się oddalił, uśmiechnęłam się. - Ale co to by było za życie, bez takich świrów jak my?

Olivier?

Od Olivier'a - C.D Hailey

- Cholera, twoim gadaniem mogłabyś uśpić tego gościa, zamiast próbować się z nim bić. - burknąłem, przekręcając delikatnie jej głowę. Zaczerwienienie widoczne dobrych parę minut temu nadal nie zniknęło, więc nie wróżyło to nic dobrego.
- Daj spokój, nic mi nie jest, tylko zemdlałam. - burknęła dziewczyna, usiłując wstać. Musiałem mocniej ją przytrzymać, żeby zatrzymać usilne wiercenie się. Była silniejsza niż przypuszczałem, że jest, mimo tego udało mi się ją utrzymać w jednym miejscu.
- Nigdzie. Nie. Idziesz. - warknąłem, zabierając od Chris'a apteczkę. - Dzięki. Możesz iść, w sumie Robert kazał jednemu z nas przyjść na przesłuchanie, czy coś w tym rodzaju. - dodałem, ponownie odchylając głowę Hailey. Przykładając rękę do jej szyi, poczułem bicie jej serca i to, jak nerwowo przełyka ślinę. Spojrzałem na nią spode łba. Miała zamknięte oczy, i nie otworzyła ich nawet, kiedy ją opatrywałem.
- Ta podłoga jest zimna. Mógłbyś przynajmniej położyć mnie na jakiejś ławce, albo czymkolwiek. - powiedziała z urazą w głosie.
- W zasadzie to już skończyłem.
- Pff... - prychnęła tylko, wstając gwałtownym ruchem, po czym otrzepała się z kurzu. Skrzyżowałem ręce na piersi, posyłając jej złośliwy uśmieszek. - Co się tak szczerzysz, psychopato?
- Musisz chyba załatwić sobie psa obronnego, cały czas spotykasz na swojej drodze psychopatów. Tylko różnica jest taka, że jeden cię pobił, a drugi, technicznie rzecz biorąc uratował. - odpowiedziałem na jej zagrywkę, na co brunetka przewróciła jedynie oczyma.
- Czasem zastanawiam się, jak ludzie z tobą wytrzymują.
- Nie musisz się zastanawiać. Sama właśnie to robisz. - wzruszyłem ramionami, chcąc ją jeszcze bardziej zdenerwować.
- Właśnie, że nie. Wcześniej ci uciekłam, i teraz też zamierzam. - odgryzła się, unosząc z triumfem prawą brew. Chciała już odejść, lecz ja złapałem ją za nadgarstek i odwróciłem w swoją stronę.
- Tu też się nie zgodzę. Poprzednim razem nie uciekłaś, to raczej ja odszedłem, a teraz też nigdzie nie idziesz. Muszę być pewien, że znowu nie upadniesz i nie trafisz na żadnego psychopatę. - posłałem jej najbardziej sarkastyczny uśmiech w swoim życiu, oczekując odpowiedzi.
- Co mam niby z tobą robić? Wkurzasz mnie. - ofuknęła się, po czym skrzyżowała ręce na piersi i oparła o ścianę.
- Nie wiem. To co teraz. Gadać. Chyba, że chcesz się błąkać po dachu Instytutu. - wyjąłem z kieszeni skórzanej kurtki klucze i zakręciłem nimi na palcu.
- Serio ukradłeś klucze na dach? Jesteś kompletnym psycholem.
- Nie ukradłem. Pożyczyłem. Czyli mam rozumieć, że nie chcesz sobie popatrzeć na zachód słońca z najwyższego punktu? Okej. Na pewno jakaś dziewczyna się skusi. - powiedziałem, wzruszając ramionami. Hailey odwzajemniła gest i z chęcią odejścia odwróciła się, jednak ja pociągnąłem ją ponownie za nadgarstek.
- To było pytanie retoryczne. Oczywiście, że idziesz ze mną. - zaśmiałem się.
- Jesteś tak irytujący, że chętnie zrzucę cię z tego dachu! Puszczaj mnie, idioto i przestań rżeć jak dławiący się koń! - syknęła, odwracając głowę w drugą stronę.
- Pfff... Udam, że tego nie słyszałem.

Od Evelyn do Olivier'a

Wpatrywałam się w okno, leżąc na łóżku. Jak zwykle nie mogłam zasnąć, a każde zamknięcie oczu i próba zapadnięcia w sen kończyły się widokiem obrazów z przeszłości, które wywoływały na moim ciele drżenie. Z westchnieniem odgarnęłam kołdrę na bok, wstając powoli i sięgając po leżący na fotelu obok długi sweter, nakładając go na krótkie spodenki i podkoszulek.
Wychodząc z pokoju, narzuciłam jeszcze na ramiona swój cienki, polarowy koc i torbę ze strojem do ćwiczeń i ręcznikiem. Zamierzałam zahaczyć o bar, by wziąć dla siebie kawę, a następnie udać się prosto do sali treningowej.
Powoli przeszłam przez korytarze do baru, gdzie wzięłam półlitrowy termos z kawą i musiałam wrócić się na drugi koniec budynku, by znaleźć się w sali treningowej. Właśnie to najbardziej lubiłam w tej akademii - tą przestrzenność, wielkość pomieszczeń, nawał korytarzy, schodów i różnych zakątków. Mimo wszystko sporo było tu nowoczesności, dzięki czemu budynek nie przypominał wielkiego, opuszczonego zamczyska. Dla kogoś takiego jak ja, kto kochał wolność, wielkość Instytutu dawała jej namiastkę.
Ciemne korytarze oświetlał jedynie wpadający przez okna blask księżyca, malując na ścianach różnorakie cienie. W nocnej ciszy słyszałam tylko swoje kroki, lecz będąc już w połowie drogi, usłyszałam także inne kroki, ciężkie i głośniejsze, niż moje. Z każdą chwilą kroki stawały się coraz głośniejsze, a ja czułam na karku dziwne mrowienie, jak gdyby osoba idąca za mną mnie śledziła. Gdy obróciłam się, by zobaczyć kto to, ciemność skutecznie ukryła przede mną twarz osoby, sądząc po zarysie sylwetki wysokiego, postawnego chłopaka.
Zagryzłam wargę, wmawiając sobie, że to ktoś, kto tak jak ja na razie nie śpi i że po prostu wraca do pokoju. Nie łudziłam się, że to ktoś znajomy postanowił potowarzyszyć mi, gdyż wiedziałam, że w ośrodku nie ciesze się sympatią innych.
Moja nadzieja na to, iż nieznajomy nie podąża za mną prysnęła, gdy przeszliśmy obok korytarza z pokojami, a ja nadal słyszałam za sobą kroki. Oprócz lekkiej torby z ręcznikiem i strojem nie miałam niczego więcej, więc w razie ataku musiałabym liczyć tylko na siłę własnych rąk. W instytucie nie brak było szaleńców, którzy gotowi byli wykorzystać swe moce w niezbyt prawych celach. Mimo swojej siły, na pewno byłabym słabsza niż wyższy i postawniejszy ode mnie mężczyzna.
Chcąc sprawdzić, czy nieznajomy na pewno pójdzie za mną, skręciłam w najrzadziej uczęszczany, wąski korytarz. Oczywiście usłyszałam kroki za sobą. Idąc coraz szybciej, zatoczyłam ciemnymi korytarzami koło i skręciłam w ten prowadzący do sali treningowej. Cały czas słyszałam za sobą szuranie ciężkich butów, przystanęłam więc na rogu, opierając się o ścianę. Widziałam wyłaniający się zza rogu cień, sięgnęłam więc ręką w bok, a moje palce natrafiły na zimny metal. Gaśnica. Niewiele myśląc, zdjęłam ją ze ściany i wyważyłam w dłoniach, gotowa zadać cios, gdyby tylko postać zbliżyła się do mnie na wystarczającą odległość.

(Olivier?)

niedziela, 16 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Olivier'a

- Wykręciłam mu rękę, myślałam, że mogę go pokonać, ale... - zawahałam się chwilę. Olivier spojrzał na mnie wyczekując moich dalszych słów. - Powiem to jedyny raz, więc się nim naciesz. Okazało się, że nie jestem na tyle silna, żeby nawet go odepchnąć... no ale co poradzisz, jak najgorsze zbiry jakie spotkałam to dzieciaki z dzielnicy, które moi kumple znali aż za dobrze.
- Miałaś kumpli? - zdziwił się.
- Nie oceniaj ludzi po okładce, czy jak to tam szło - skrzywiłam się czyjąc palący ból, jakby ten świr nadal trzymał mnie za gardło. - No więc jak delikatnie oświadczyłam mu, że jego dwuznaczne propozycje mnie nie interesują, to się wykręcił, najpierw chciał mnie przewrócić, ale zanim do mnie podszedł, byłam spowrotem na nogach, więc machnął mną o ścianę, uderzyłam głową... właśnie - ręką przesunęłam po potylicy, gdzie wyczułam guz. - To będzie najpiękniejszy guz w moim życiu - burknęłam, a Olivier się zaśmiał. - Nie śmiej się, bo będziesz zęby z podłogi zbierał.
- Już się boję - odparł. - Szczególnie, że jesteś przymroczona i ledwo oddychasz.
- Kiedyś się przestraszysz... Wracając to jak już się ocknęłam, to wisiałam nad ziemią, nie mogłam nawet go dosięgnąć, a jego ręka, jak na złość, nie chciała nawet zadrżeć. A ten jego chory ryj, to mi nie pomagał. Gorsza śmierć od umierania patrząc na niego, to chyba tylko zakopanie żywcem! - chłopak pokręcił głową. - I co kręcisz tą głową. Też tak myślisz, tylko się nigdy nie przyznasz. I muszę przyznać...
- Co jeszcze? - przekręcił oczami.
- Że się wbrew pozorom straszliwie ucieszyłam na twój widok... chyba ostatni raz w życiu - wyszczerzyłam się. - A ten drugi to kto?
- Kto drugi? - zdziwił się.
- Ten z tymi przyjemnie zimnymi dłońmi, co nie poleciał się bić, tylko sprawdził, czy jeszcze żyję.
- Czy ty właśnie zarzuciłaś mi, że wolałem się bić, niż sprawdzić co z tobą? - jego głos był pełen niedowierzania.
- Nie - odparłam.
- Kłamiesz.
- Może. Albo to po prostu naturalna skłonność do obniżania poziomu twojego ego.
- Trochę...
- Wdzięczności? - przerwałam mu. Odwrócił się ode mnie, patrzył w stronę drzwi. W sumie też się zastanawiałam, co im się tak długo schodzi. - Em Panie Super Buntowniku?
- Nie wierzę, że to powiedziałaś...
- W kwestii wiary, to proszę kierować się gdzieś indziej. Dziękuję - dodałam szybko.
- Co? - odwrócił się, aby pokazać mi swój triumfalny uśmiech. Mogę się założyć, że nie pokazuje go często. On nie jest takim typem, a przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zawsze warto zrobić wyjątek dla tak upierdliwej istoty jaką jestem. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tej miny.
- Ty naprawdę masz problemy za słuchem - udałam zmartwioną. - Dziękuję, że uratowałeś moją niegodną uwagi osobę. Choć muszę przyznać, że dla widoku, kiedy rozwalasz mu twarz, to dałabym się ponownie podusić.
- Jesteś chora czy jak?
- Zdania są podzielone - odparłam. - Naucz mnie, bić się.
- Nie.
- Dlaczego? Toż to układ życia. Pomęczysz się ze mną, nauczysz, ja się będę potrafiła bronić i nie będziesz musiał się za mnie bić, bo widzisz, nie wierzę, że dostawanie w zęby za nową, to jedna z twoich ulubionych czynności - spojrzałam na leżącego, czy mi się wydawało, czy on się poruszył? Czemu Olivier gapi się w drzwi? Czy tylko ja widzę, że to głupota? - Ej czy to się poruszyło?
- Nie sądzę - nawet nie spojrzał, tylko dalej tkwił ze wzrokiem wbitym w drzwi. Jakiś metr ode mnie leżał metalowy drążek do ćwiczeń walki. Co oni w średniowiecze się tutaj bawili? Mimo wszystko, sięgnęłam po niego. Drzwi się otworzyły, a Olivier ruszył w ich stronę. Zaraz za nim podniósł się ten potwór. I kto miał rację? Z pomocą drążka dźwignęłam się na kolana, a potem wstałam.
- Olivier - ktoś się wydarł. Zanim zdąrzył się odwrócić, wzięłam zamach i z całej siły jaką miała przyłożyłam mojemu niedawnemu oprawcy w głowę. Potylica to śmieszna część głowy, zawsze działa, zawsze ucina film. Mężczyzna padł jak długi, a po chwili dopadło go kilku strażników. Chłopak stał jak wryty i patrzył się na mnie. Skąd mam tyle siły? Sama chciałabym wiedzieć.
- Nie ma... - i nagle mi też odcięło prąd. Ocknęłam się, po bliżej nie znanym mi czasie, leżałam na podłodze, nade mną pochylał się Olivier, dłońmi przytrzymywał mi głowę. Obok niego stał chłopak, który wcześniej pierwszy do mnie podszedł. Wskazałam na niego. - O niego pytałam.
- Co? - zdziwił się.
- Naprawdę? - zapytał Olivier. - Masz pewnie wstrząs mózgu i nadal o niego pytasz?
- Wrodzona ciekawość... albo odruch na ból głowy... albo na stres... albo... w sumie to nie wiem.
- Musisz tyle gadać? - warknął.
- Ej, a gdzie nagle twoje trochę wdzięczności? Uznajmy, że jesteśmy kwita i zapomnijmy o tym. Mogę już iść?
- Nie - burknął.
- Nie pomagasz.
- Jesteś tak irytująca, że aż głupia.
- A ty świetnie zastąpiłbyś psa obronnego i nie krzyczę tego na cały ośrodek.

Olivier?

Od Olivier'a - C.D Hailey

- Eh, okej... Niech ci będzie. - burknął zniechęcony Christopher, machając ręką na odchodne. Uśmiechnąłem się sarkastycznie, z myślą, że moja pewność siebie i determinacja zawsze dawała mi to, czego oczekiwałem. No, prawie zawsze.
- Nie sądziłem, że tak szybko się zgodzisz, ale to nawet lepiej. - powiedziałem, wzruszając ramionami. Nagle usłyszeliśmy głośny łomot całkiem niedaleko. - Słyszałeś to?
- Trudno było tego nie słyszeć. - odparł ironicznie, wskazując mi głową, abym za nim szedł. Weszliśmy do sali treningowej, a następnie skręciliśmy bardziej w lewo, kierując się za cichymi dźwiękami, jakby ktoś się dusił. Dostrzegłem zakapturzoną postać, trzymającą w górze za gardło dziewczynę, w której po krótkiej chwili rozpoznałem Hailey.
- Puść ją, do cholery! - warknąłem, podchodząc bliżej. Gdy owa postać się odwróciła, poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła.
- Olivier... Więc teraz będziesz zgrywać bohatera? Mam nadzieję, że od ostatniego czasu wymężniałeś, inaczej twój los będzie... ciut marny. - uśmiechnął się, puszczając brunetkę. Chris do niej podbiegł, a ja stanąłem twarzą twarz z Raphael'em.
- Na niej też masz zamiar przeprowadzać eksperymenty? - wyszczerzyłem się sarkastycznie, i patrząc na niego lekko z góry splunąłem wprost do jego oka. Mężczyzna zaczął je trzeć, i szaleńczo warcząc zmierzał w moją stronę. Od razu domyśliłem się, że po ucieczce z więzienia nie będzie zbyt przyjaźnie nastawiony. Wymierzyłem mocny cios w jego twarz, po czym on odwdzięczył się tym samym. Poczułem, jak krew spływa po moich ustach, ale nie przejąłem się tym i z całej siły uderzyłem w twarz, potem w brzuch, a na koniec kopnąłem najmocniej, chcąc go dobić, w przyrodzenie. Zdezorientowany padł na ziemię, a żeby stracił przytomność, kopnąłem po raz kolejny w jego twarz. Otrząsnąłem się i podszedłem do brunetki siedzącej przy Christopherze.
- Nic ci nie jest? - zapytałem, dokładnie oglądając jej szyję. Delikatnie ująłem jej brodę i uniosłem do góry i w obydwie strony, sprawdzając, czy nie ma żadnych śladów.
- Nie, sprawdzałem. Ma tylko czerwone miejsca, w których ten świrus ją trzymał. - powiedział chłopak, uprzedzając odpowiedź Hailey.
- Idź po Roberta i resztę, zanim ten psychol się obudzi, bo inaczej mamy przesrane. - zleciłem.
- Mi nic, ale ty krwawisz. - stwierdziła z ironicznym uśmiechem. Prychnąłem, ocierając dłonią krew, która spływała strugami po mojej twarzy.
- Nie sądzę, żebym tak śmiesznie wyglądał. Gadaj lepiej jak się tu znalazłaś.
- Powiedz mi najpierw, kto to do cholery jest. - zaprzeczyła dziewczyna, powoli podnosząc się z ziemi.
- Ehh... Długa historia. Psychiczny naukowiec, który chciał eksperymentować na ludziach w celu pokonania wirusa. Wiele ludzi przez niego zginęło. Eksperymentował też między innymi na sobie, dlatego jest taki silny. - wyjaśniłem, krzyżując ręce na piersi. Oglądnąłem się nerwowo na Raphael'a, po czym spojrzałem w dal, niecierpliwie wyczekując Chris'a.
- Wykręciłam mu rękę. Myślałam, że mogę go pokonać, ale...

Hailey? [Po ''ale...'' opisz, co się stało :D]

Evelyn

IMIĘ: Evelyn Hope
KSYWKA: Lepiej zostańmy przy imieniu. Jeśli nazwiesz ją Nadzieją, marny twój los. Tylko nieliczni mogą nazywać ją Evą.
NAZWISKO: Steel
WIEK: 19 lat
PŁEĆ: Kobieta
ORIENTACJA: Heteroseksualna
GŁOS: Evanescence
PRZYNALEŻNOŚĆ: Buntownicy
RANGA: Odludek
PARTNER: Brak
RODZINA: Evelyn od zawsze była tylko z mamą, z którą niestety nie były blisko. Nie miała ojca, rodzeństwa ani innej rodziny. 
APARYCJA: Evelyn to niska, czarnowłosa dziewczyna. Jest drobna, szczupła; zdecydowanie zbyt szczupła. Jej długie, ciemne włosy zawsze opuszczone są na twarz, a przenikliwe, piwne oczy ukryte pod ciemnym makijażem. Oprócz tego Eva nie maluje się wcale. Na jej pełnych ustach niemal nigdy nie gości uśmiech. Zwyczajowym strojem Evelyn są duże bluzy z kapturem, w których może się ukryć, zawsze towarzyszą jej także trampki lub ciężkie glany.
ZNAKI SZCZEGÓLNE: Tatuaże, które pokrywają jej ciało. Blizny po igłach.
CHARAKTER: Evelyn sprawia wrażenie spokojnej i skrytej. Nie stara się psuć tego obrazu, wiedząc, że może jej się on przydać. Jest małomówna, wyniosła i prostolinijna. Evelyn to marzycielka, która całe życie chodzi z głową w chmurach, uznaje życie za swoje wyobrażenie i jest typem melancholika. Nie jest jednak, jak by się mogło wydawać, pozytywną postacią. Nie dopuszcza do siebie ludzi, a na świecie nie ma chyba nikogo, kto znałby Evelyn chociaż w połowie. Ciągłe zabieganie o uczucie przekształciło ją w zimną - przynajmniej z pozoru - i wyrachowaną osobę. Kiedy Eva zrozumiała, że nie jest już małą dziewczynką i nie chce więcej żebrać o uczucie i bliskość, zamknęła się w sobie. Odmienność nie pomagała jej w niczym, wręcz przeciwnie - pogłębiała wrażenie beznadziejności. Szukając drogi ucieczki, wpadła w okropne towarzystwo; porządkiem dziennym były dla Evy alkohol, narkotyki, nielegalne wyścigi i ustawki, po prostu nocne życie najnędzniejszych dzielnic miasta. Wśród innych zagubionych czuła się mniej samotna, nadal jednak nie miała nikogo bliskiego. Szybko przekonała się, że czuły dotyk i najsłodsze pocałunki nie niosą ze sobą miłości, a jedynie krótkie zapomnienie, że nic nie znaczy dla nikogo, że zastrzyk zabiera ze sobą ból i poczucie beznadziejności, ale też wiele chwil z życia, całych tygodni i miesięcy, gdy była albo na prochach, albo na głodzie. Evelyn znienawidziła siebie za tą słabość, za chwile, gdy mimo płaczu i postanowień poprawy, skończenia z tym, nie mogła się powstrzymać i wbijała strzykawkę z myślą, że tym razem to ostatni raz, to pożegnanie z przeszłością, że od teraz będzie już tylko lepiej. Nauczyła się, że 'przyjaciele' przychodzą i odchodzą, a ona zostaje sama, ciągle sama, z tym niewytłumaczalnym strachem i poczuciem beznadziejności. Dla Evelyn istnieje tylko świat biały i czarny, a ona sama zalicza siebie bezapelacyjnie do tej drugiej kategorii. Nie uznając półśrodków, angażuje się we wszystko cała sobą, zatraca się, tonie. Jest zbyt delikatna, by móc normalnie żyć i zbyt spragniona życia, by z tym skończyć. Spragniona prawdziwej przyjaźni, chociaż nie zna jej smaku, spragniona niewinnego dotyku, chociaż umyka przed nim, nie wiedząc, jak ma się zachować. Evelyn jest bardzo skrzywdzona i niepewna w swoich działaniach, mimo iż nie odpuszcza, nawet gdy się sparzy. Jeśli jest pewna swoich racji, popełni po tysiąckroć ten sam błąd i przejdzie przez piekło, by dowieść swoich racji. Niebezpieczeństwo i adrenalina ją napędzają, a zwycięstwo na chwilę przynosi ulgę od myśli o beznadziejności. Krótkie chwile szczęścia Evelyn potrafi osiągnąć jedynie wtedy, gdy szczęście to może runąć w każdej chwili. Kiedy wbijała w żyłę igłę z coraz większą dawką swojej osobistej trucizny, świadomość bycia tak blisko granicy przepełniała ją ekscytacją. Evelyn zatraca się we wszystkim całkowicie, więc by osiągnąć szczyt, musi słyszeć pod sobą syk piekielnego ognia, mieć świadomość, że to wszystko w każdej chwili może runąć, pochłaniając ją. Świadomość, iż w każdej chwili może stracić swoje 'szczęście' nauczyła ją doceniać chwile i teraz Evelyn zna prawdziwą wartość życia. Tylko niewytłumaczalne pragnienie życia powstrzymywało ją przed zażyciem większej dawki narkotyku lub celowemu targnięciu się na własne życie. Ta destrukcyjna dziewczyna najbardziej na świecie pragnie żyć, poznać smak prawdziwej przyjaźni, bliskości. Paradoksem jest, iż rani wszystkich, którzy próbują zajrzeć pod jej pancerz, a swoją zbroję stara się wykuć z samotności, która zabija ją bardziej, niż jej osobista trucizna. Narkotyki potrafiły przynieść ulgę, zabierając wszechogarniający smutek, zabierały też fragmenty życia Evy - te, w których była albo na prochach, albo na głodzie... Evelyn kocha przyrodę, wszystkie zwierzęta, wschody i zachody słońca, nocne, usiane gwiazdami niebo. Uwielbia skazane na samotność wieczory z gitarą, nawet ten ogrom bezsennych nocy, podczas których zatraca się w swoich własnych marzeniach lub po raz kolejny czyta 'Małego Księcia' czy 'Roma i Julię', zastanawiając się, czy byłaby w stanie pozwolić się oswoić lub umrzeć w imię miłości. I mimo iż stwarza pozory zamyślonej, egoistycznej i wyniosłej księżniczki, faktem jest, że za te nieznane sobie uczucia oddałaby wszystko. Eva to typ idealistki, wierzącej w dobro świata, w tą biel, której w sobie nie potrafi odnaleźć. Jest krnąbrna, uparta, odważna, nieposkromiona. To jej obrona, tak samo jak cięty język. Stara się od razu zniechęcić do siebie nowo poznane osoby, nie dając sobie ani im szansy. Stała się bardzo złożoną osobą, doskonałą aktorką, odgrywającą na scenie idealnie powierzoną jej rolę. Kłamstwo nie jest dla niej problemem, tak samo jak manipulacja marionetkami, jakimi w jej rękach stają się ludzie. Evelyn nienawidzi patrzeć bezczynnie na krzywdę innych, a już szczególnie jeśli ona jest jej przyczyną, nie cofnie się jednak przed zranieniem kogoś, jeśli ma to pomóc jej utrzymać swój ochronny pancerz. To świadomość bliskiej utraty szczęścia pozwala jej należycie je docenić, Eva postępuje więc bardzo destrukcyjnie. Ponadto ulega swoim emocjom, jest jak ocean; cichy, zmienny, nieprzewidywalny, groźny, śmiercionośny. W mig potrafi rozpętać burzę, po której zaraz znów wyjdzie słońce...
INNE
* Nie potrafi pływać.
* Ma mnóstwo tatuaży, które kocha - największe znaczenie ma dla niej niebieska róża, szczerzący kły wilk i uroboros.
* Zawsze jest jej zimno i zawsze nosi długi rękaw, by zakryć ślady po igłach.
* Jej długie włosy są rozpuszczone lub spięte w taki sposób, by zakrywały twarz.
* Uwielbia patrzeć w gwiazdy i zwykle to właśnie robi podczas bezsennych nocy. Przez większość czasu nie rozstaje się ze swoją gitarą i wysłużonym notesem. 
* Mimo walki z nałogiem, miewa chwile, w których oddałaby wszystko za niby 'ostatnią' działkę, która pozwoliłaby jej zostawić za sobą przeszłość i raz na zawsze zerwać z nałogiem. Często w takich chwilach bywa zanadto drażliwa i cała drży - z zimna i 'głodu'.
GMAIL: kiaraaa11@gmail.com

sobota, 15 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Olivier'a

Odpowiedziłam chłopakowi uśmiechem. Dziwny, denerwujący, chamski, ale z drugiej strony taki znajomy, jakbym patrzyła na moje męskie alter ego. Chwilę patrzyłam jak odchodzi, aby zaraz potem odwrócić się na pięcie i ruszyć w przeciwną stronę. Szłam bardzo powoli, starając się wszystko dokładnie zapamiętać i szybko utworzyć sobie w wyobraźni mapę tego miejsca. Co jak co, ale orientację w terenie to miałam doskonałą, w końcu przeżyłam w Nowym Jorku, a to jedna wielka plątanina dróg. Widziałam laboratorium, jednak tylko z daleka. W sumie to nawet za bardzo by mnie ono nie interesowało, znalazłam też coś w rodzaju stołówki. Jednak patrząc po różnorodności dań i miłej obsłudze, prędzej nazwałabym to dobrą restauracją. Jeśli jest jedzenie, to gdzieś muszą być ludzie, pewnie nawet blisko. Po kolejnych minutach powolnego spacerku dotarłam wreszcie do korytarza, z tytułem 'Część mieszkalna'. Doskonale. Ruszyłam korytarzem, w międzyczasie sprawdziłam numer przy kluczyku i zaczęłam rozglądać się za pokojem 34. Zatrzymałam się pod drzwiami i się rozejrzałam. Początek korytarza, jednak wyjścia nie było widać, ponieważ pokoje ustawiały się jakby półkolem. Interesująca architektura. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Automatycznie zapaliło się światło, zlustrowałam pomieszczenie. Było takie zimne, nowoczesne, bezduszne. Panował w nim idealny porządek. Naprzeciwko wejścia stało duże... bardzo duże, łóżko z małym stoliczkiem obok. Na lewo od wejścia stała szafa i inne meble, w których teoretycznie mam się upchnąć. Połowa będzie stać pusta. Prawa strona po biurko z lampką na nim i półkami na książki nad nim, szereg z takich półek obok, na różne ciekawe rzeczy, które zostawiłam w domu, drzwi do łazienki i fotel. Podeszłam do niego. Przy odrobinie szczęścia zmieszczę się w nim cała. Rzuciłam plecak na łóżko i usiadłam w nim. Wygodny, przytulny, idealny... Wstałam i dopiero wtedy zauważyłam, że łóżko stoi delikatnie na prawo od drzwi, obok których znajdował się bardzo interesujący ekran. Podeszłam do niego i miękko w niego stuknęłam. Ukazało mi się dość obszerne menu. Zajmę się tym kiedyś - pomyślałam. Obróciłam się. Cały pokój był utrzymany w spokojnych, kawowych brązach, jednak dość przygnębiających. Pomieszczenie wypełniał przyjemny, delikatny zapach cynamonu. Pomimo jego pustoty, której nie miałam czym uzupełnić, poczułam, że będę z czasem w stanie, nazwać to moim nowym domem. Wróciłam na chwilę do łóżka. Z plecaka wykopałam czarne tenisówki, aby wymienić na nie glany. Ten Olivier powiedział coś, że się stąd nie wychodzi. Może dla kogoś dłużej tutaj przebywającego, to jest męczące, jednak ja wiem, że poza tym ośrodkiem, nie mamy dokąd iść. Oni, zarażeni sa wszędzie, ludzie nas by nie zaakceptowali, porównywaliby do tamtych. A jeśli będę chciała wyjść, to się będą musieli tutaj namęczyć, żeby mnie zatrzymać. Związałam moje denerwujące włosy, złapałam za klucz i wyszłam na korytarz. W końcu zostało mi drugie pół ośrodka.
Tym razem ruszyłam w drugą stronę głównej sali, czyli tam, gdzie wcześniej poszedł chłopak, który mnie "oprowadzał". Ta część ośrodka, czyli bliżej wyjścia, już wyraźnie rysowała się w mojej głowie. Z drugiej strony nie byłam tego pewna, ponieważ wciąż wszystkie korytarze wydawały mi się podobne do siebie. Moje buty były niemal bezgłośne, przez co mogłam usłyszeć cichą rozmowę, w jednym z bocznych korytarzy. Przechodząc obok, tylko tam zerknęłam. Stało tam dwóch wysokich chłopaków, którzy umilkli, widząc intruza, czyli mnie. Mój wzrok przez najdłużej kilka sekund spoczął na nich i tyle wystarczyło. Wystarczyło aby napotkać ten wzrok, pewny siebie, niemal wyzywający. Olek. Ciekawe jakby go tak nazwać... z drugiej strony jak on zacznie zdrabniać bez mojej zgody moje imię, będę musiała mu złamać nos. Nie zatrzymałam się i weszłam do najbliższej sali. Jak się okazało, była to sala treningowa. Większość z obecnych tam strzelała do manekinów. Była to pewnie część szkolenia, albo wszyscy tutaj to psychopaci. Odeszłam troszeczkę w głąb pomieszczenia, kiedy usłyszałam trzask drzwi, jednak nie odwróciłam się. Przyglądałam się strzelającym, a do mnie podszedł jakiś facet.
- Zgubiłaś się lalka? - zapytał po chwili stania obok. Odwróciłam się w jego stronę, był niewiele wyższy ode mnie, może kilka centymetrów. Niezbyt urodziwy, z pewnym siebie uśmieszkiem, typowym dla podrywaczy za dwa grosze. Posłałam mu nienawistne spojrzenie i strzeliłam po kolei wszystkimi kostkami u obu dłoni.
- A wyglądam jakbym się zgubiła?
- Mała... - chciał położyć mi rękę na ramieniu, jednak zręcznie ją złapałam i wykręciłam. Dobrze mieć starszych kumpli, którzy uczą cię tego, co najpotrzebniejsze.
- Mały to będzie dla mnie problem, żeby ci tą rączkę złamać - odparłam spokojnym, melodyjnym głosem.

Olivier?

Od Olivier'a - C.D Hailey

- Okej. Powiem krótko. Jeżeli myślisz, że jestem tu i robię to wszystko z własnej woli, to się mylisz. - po ostatnim zdaniu mina dziewczyny zmieniła się z zirytowanej na zaciekawioną. - Najchętniej spieprzyłbym jak najdalej stąd, ale NIKT nie może wyjść. Więc jeżeli tutaj weszłaś, to nie wiem, czy wiesz, nie możesz się wycofać. - powiedziałem z zamierzonym jadem w głosie. Nie miałem ochoty zgrywać miłego, albo chociażby okazywać szacunku. Zdaje się, że Hailey również.
- Szkoda, że nikt nie powiedział mi tego zanim tu przyszłam. Ale wiesz, chyba nie sądzisz, że wycofam się tylko dlatego, że jakiś palant opowiedział mi swoją życiową historię? - syknęła z uśmieszkiem sugerującym wyższość.
- Chciałem uświadomić ci tylko, że nie niańczę cię z własnej woli. Jeżeli chcesz, możesz iść się tutaj zgubić. - burknąłem, krzyżując ręce na piersi.
- Zgubić się? - spytała poirytowana.
- Kłopoty ze słuchem? Mogę powtórzyć, jeśli chcesz. - zacząłem udawać jej piskliwy głosik, powtarzając słowo w słowo to, co dziewczyna wcześniej powiedziała mi. Cóż, niezła z niej sztuka, ale nie w moim interesie jest jej tresura.
- Bardzo śmieszne. W takim razie idę się zgubić. Mogę spać na ławce, nie przeszkadza mi to. - wzruszyła ramionami z obojętną miną.
- Próbujesz wywołać u mnie współczucie? Sugerujesz coś? - uniosłem z lekkim niedowierzaniem brew, szyderczo się uśmiechając.
- Ty i współczucie? Nie sądzę. - burknęła, po czym odwróciła się na pięcie z zamiarem odejścia.
- Zapomniałaś czegoś. - stwierdziłem, a kiedy brunetka zwróciła się znowu w moją stronę, rzuciłem jej klucze do pokoju. - Lepiej nie osądzaj ludzi po okładce. Nie radzę. - dodałem z triumfującym uśmiechem.
- Mam gdzieś twoje rady. Już wolę spać na ławce. - syknęła.
- Ujć. Zabolało. Bądź delikatniejsza, Hailey. - powiedziałem, widząc jej zdenerwowanie. Cóż, w końcu Pani Szlachetna się wkurzyła? Tak niewiele wystarczy, by kogoś zirytować.
- W końcu jesteś zabawniejszy. - odparła, starając się zahamować, by nie stracić kontroli. Miałem oko do takich rzeczy, zważywszy, że sam byłem do niej podobny. - Nie nadużywaj mojego imienia. - dodała, nieco poważniej.
- Dopiero zaczynam, Pani Szlachetna Hailey. - uśmiechnąłem się, po czym bez zastanowienia odwróciłem i odszedłem w przeciwną stronę.
    Mówiąc ogólnie, swoje zadanie wykonałem, a sądząc po sprycie brązowowłosej dalej już sobie poradzi. Dotarła do Ośrodka bez niczyjej pomocy, więc by odszukać sypialnię mieszczącą się w sumie całkiem niedaleko od Sali Głównej, nie będzie potrzebowała zbyt wiele wysiłku. Postanowiłem, że sprawdzę, co słychać na treningu Łowców, a przy okazji popatrzeć jak Chris się męczy i troszeczkę go podenerwować. W końcu to zazwyczaj robię, a przynajmniej tak wszyscy mi mówią, nawet ci, których dopiero poznałem. Cóż, w pełni zgadzałem się z tą opinią, mimo iż trochę raniła moją dumę, to rzeczywistości nie zmienię. Przynajmniej jest zabawnie.
    W oddali dostrzegłem grupkę ludzi celujących z pistoletów do manekinów stojących parę metrów dalej. Nietrudno było mi wypatrzeć z tej odległości Christopher'a, dlatego od razu po namierzeniu go ruszyłem w tamtym kierunku. Podszedłem go od tyłu, patrząc, jak w skupieniu celuje, a kiedy uznałem, że zaraz ma zamiar strzelać, położyłem rękę na jego ramieniu. Ten trochę się wystraszył i upuścił pistolet.
- Ujć... Niedobrze, wróg miałby z tobą łatwo, młody łowcze. - powiedziałem z ironią i udawanym przejęciem w głosie.
- Olivier, czy ty zawsze do cholery musisz mnie denerwować? - odburknął, ponownie celując do nieruchomego manekina. Prychnąłem pod nosem.
- Ranisz. Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest być w skórze osoby, której cały czas powtarza się, że wszystkich denerwuje? Bo ja nie. - westchnąłem, wkładając ręce do kieszeni. Dostrzegłem uśmiech na twarzy czarnowłosego.
- Czasami sprawiasz też wrażenie tępego, ale chyba robisz to specjalnie. - odparł chłopak, celując w sam środek celu.
- Wow, nieźle, jak na Ciebie. A teraz zwijamy się stąd, mam ci coś do powiedzenia. - złapałem go za ramię i odciągnąłem w ustronne miejsce.

Hailey?

Peter


IMIĘ: Peter
KSYWKA: Pet
NAZWISKO: McGee
WIEK: 23 lata
PŁEĆ: Mężczyzna
ORIENTACJA: Biseksualna
PRZYNALEŻNOŚĆ: Diamentowi
RANGA: Pomocny fajtłapa
PARTNER: ---
RODZINA: Sierota zaadoptowane przez kogoś, kto szybko go zostawił. Także jest bez rodziny
APARYCJA: Jest to wiecznie uśmiechnięty chłopak o kruczoczarnych włosach, mierzący z 1.75m z lekkim zarostem na twarzy. Ma czekoladowe, hipnotyzujące oczy, oraz białe jak śnieg żeby, które często ukazuje podczas śmiania się czy zwykłego uśmiechania. Właśnie jego śnieżnobiały uśmiech najbardziej się rzuca w oczy obcym ludziom. Ma blado-czerwone usta, które często podgryza ze zdenerwowania. Ma duży nos, jak i ładnie podkreślone kości policzkowe. Dobrze zbudowany i trochę umięśniony. Ubiera się normalnie, nie ma jakiegoś stylu typu moro czy dresiarz. Spodobało mu się noszenie jeansów, a na górę zakłada różne ubrania. Zawsze chodzi w wiązanych czarnych adidasach z pumy.
ZNAKI SZCZEGÓLNE: Śnieżnobiały uśmiech
CHARAKTER: Godzinami można by opisywać jaki to on jest, ale ja się postaram to skrócić. Bowiem jest to chłopak bardzo radosny, przypomina optymistę. Wiecznie szuka powodów do uśmiechania się czy śmiania i zazwyczaj mu się to udaje. Stara się na siebie zwrócić uwagę, chociaż nieświadomie, czym bardzo często denerwuje i irytuje większość ludzi. Oczywiście on się tym nie przejmuje, ponieważ przyzwyczaił się do samotności. W rzeczywistości szuka przyjaciół, których nie potrafi znaleźć. Można go szybko znienawidzić, przez jego dziecięce podejście do życia. Właśnie, wydaje się takim dużym dzieckiem, które potrzebuje ciągłej uwagi. Tak na prawdę jest bardzo dojrzały i odpowiedzialny. Wykona swoje zadanie do końca i jak najdokładniej, a potem potrafi się wylegiwać cały dzień. Trzeba podkreślić, że jest bardzo leniwy, ale gdy już się weźmie do roboty, może ci się wydać roztrzepany. Wszystko robi w szybkim tempie i może wykonywać parę rzeczy na raz, co przeważnie kończy się porażką - u niego jest wręcz odwrotnie. Ma bardzo podzielną uwagę, dzięki której niczego nie przeoczy. Jest bardzo ciekawski i nic nie przejdzie jego uwadze. Postrzega ludzi jako istoty inteligentne, albo kompletnie głupie. Jest bardzo szczerzy i nigdy nie myśli nad swoją wypowiedzią. Jest bardzo pomocny i miły, chociaż potrafi być wredny i się wkurzyć. Wtedy zazwyczaj pękają mu nerwy i robi się agresywny. Jako nauczyciel jest bardzo cierpliwy i potrafi tłumaczyć daną rzecz godzinami, aż ktoś to zrozumie – zazwyczaj próbuje na wiele sposobów.
INNE:
- Boi się pływać statkami;
- Nie obchodzi urodzin, gdyż nie czuje takiej potrzeby;
- Uwielbia jeździć na deskorolce. Co śmieszniejsze, nigdy nie nauczył się jeżdżenia na rowerze;
- Jego słabością jest woda. Nie umie pływać;
- Ma przejawy pirokinezy;
- Uczy matematyki;
GMAIL: annastankiewicz987@wp.pl

piątek, 14 kwietnia 2017

Od Hailey C.D. Oliver'a

Ciekawy człowiek, nie powiem, że nie. Buntownik, widać na pierwszy rzut oka. Po kilku sekundach rozmowy, z jako takim pojęciem o moim charakterze, szybko doszłam do wniosku, że będzie ciężko, ale z drugiej strony ciekawie.
- Idziesz, czy będziesz tu tak stać? - zapytał odwrócony. Przewróciłam oczami.
- Nie sądzę, abym miała jakikolwiek wybór - odparłam, zrównując się z nim w kilku krokach. - To dokąd teraz panie przewodniku? - syknęłam.
- Jeszcze raz...
- Oj przymknij się - warknęłam. - Przestań po prostu zgrywać ważniejszego niż jesteś. Buntownik. Każdy taki sam. Myślą, że lepsi, a nie są - mruczałam pod nosem. Nienawidzę ludzi, którzy o wszystko się denerwują, nawet zaczepić nie można. Weź tu z takim wytrzymaj.
- To się na chwilę ogarnij - warknął. Tak?
- Dobrze - odparłam i cicho podążyłam za nią.
- Tylko tyle? - zakpił.
- Nie zwykłam kłócić się z zarozumiałymi dupkami - odparłam najspokoniej jak potrafiłam. To najdoskonalszy sposób na zdenerwowanie drugiej osoby.
- Kim przepraszam? To powrót do podstawówki, czy jak? - doszliśmy do drzwi ogromnego budynku. Był piękny. Cały ze szkła, stal była niemal niewidoczna, wmieszana w całą konstrukcję w prawie perfekcyjny sposób. Zawsze marzyłam żeby znaleźć się wśród swoich... jednak nie myślałam, że spotkam tutaj tego irytującego typa.
- Nie pomyślałeś, że niektórzy mogą być bardziej wyrafinowani od ciebie? - rzuciłam mu wyzywające spojrzenie. Wpiłam się w jego oczy. Były czarne, nie potrafiłam odróżnić tęczówek od źrenic. Zastanawiałam się, ile osób ugięło się pod tym wzrokiem, ile cofnęło się. Nie obchodzi mnie to. Ja się nie cofnę. Choćbym miała paść przed tym aniołem zniszczenia trupem. Albo nie nazywam się Draxler.
- Przodem - popchnął mnie w stronę drzwi. Na chwilę straciłam równowagę, lecz momentalnie ją odzyskałam. W środku uderzyło mnie bardzo nowoczesne wnętrze. Nie to, co mój Brooklyn, który przed te sześćdziesiąt lat chyba się ani trochę nie zmienił. Wyidealizowana biel, będąca w symbiozie z technologią, która nas otaczała zawsze i wszędzie. Dlatego wolałam pustkowia. Tam nikt mnie nie oceniał i nie kontrolował... miałam przynajmniej taką nadzieję. - W lewo - warknął. W sumie dobry byłby z niego pies obronny. Taki wściekły Rottweiler to nie miałby z nim najmniejszych szans. Wyglądałoby to jak pojedynek szczeniaka z najsurowszym treserem lwów. Na myśl przyszło mi pytanie, czy ja też taka jestem, ale po chwili rozwiałam wątpliwości. Ja przynajmniej potrafię okazać szacunek... jeśli chcę.
- Czy byłbyś tak łaskawy i wyjaśnił, dokąd idziemy? - zapytałam z nutą ironii w głosie. Westchnął.
- Do głównej sali. Jak sama nazwa mówi, to najważniejsze miejsce. Na ważne okazje, ogłoszenia i inne bzdury - przekręciłam oczami. Ma mnie za idiotkę? Chyba wiem, po co są takie pomieszczenia.
- Długo tutaj jesteś? - zapytałam po chwili wahania. Dość kruchy lód, jeden błąd i wpadnę do wody, z której już chyba nikt mnie nie wyciągnie.
- Naprawdę myślisz, że ci odpowiem?
- Tak właśnie myślałam - przyznałam.
- Ogromny błąd.
- Czy ja wiem. Przynajmniej nie warczysz.
- Chyba się przesłyszałem - prychnął i zatrzymał się. Zwróciłam się do niego przodem i lekko uniosłam głowę. Niby tylko trochę wyższy, ale wystarczająco, aby mieć  przewagę.
- Kłopoty ze słuchem? Mogę powtórzyć, jeśli chcesz.

Oliver?

Od Olivier'a - C.D Hailey

- Po odpowiedź na pytanie, które zadaję sobie od lat... kim jestem. - usłyszałem lekko zażenowany głos brunetki. Pod jej niewinnym wyglądem, na który od razu zwróciłem uwagę, krył się niezły charakterek, co również było widać na pierwszy rzut oka. Jej włosy były lekko rozwiane przez wiatr, a policzki delikatnie zarumienione od zimna. Przez ostatnią wypowiedź dziewczyny byłem nią lekko zaintrygowany. Rzadko kiedy ktoś z zewnątrz docierał do Instytutu, do tego z własnej woli. Ona wydawała się być zaciekawiona tym wszystkim, ale skutecznie maskowała swoją ciekawość pod warstwą nieprzyjemności.
- Olivier, przedstaw jej Instytut i wytłumacz wszystko, co powinna wiedzieć. Odtąd będzie pod twoją opieką, jasne? - Robert posłał mi podejrzliwe spojrzenie. Za kogo, do cholery, on mnie uważał? Za niańkę czy za nieodpowiedzialnego bachora? Bo w tych dwóch zdaniach naruszył parę cech mojego charakteru, przez które gotowe byłem zapomnieć o jego stanowisku.
- Tak. - odparłem sucho, bez zbędnych nieprzyjemności, po czym zaczekałem, aż strażnicy i Robert odejdą, a po tym pociągnąłem brązowowłosą za nadgarstek w stronę Sali Głównej.
- Auć! To boli! Puść mnie, do cholery! - warknęła dziewczyna, wyrywając się. Puściłem ją dopiero, kiedy zniknęliśmy z pola widzenia. Widocznie zdenerwowana, zaczęła rozmasowywać nadgarstek, po czym posłała mi zawistne spojrzenie.
- Słuchaj. Pierwsze, co musisz wiedzieć to to, że jest to dosyć brutalne pole walki, mimo poglądów i plotek. Nie chcę nieprzyjemności, dlatego najlepiej byłoby, gdybyś po prostu się mnie słuchała, jasne? - mówiąc to, pochyliłem się lekko nad nią, gdyż, mimo tego, że i tak była wysoka, nadal niższa ode mnie. Nie lubiłem zbytnio się rozkruszać nad małymi rzeczami.
- Bo co, pobijesz mnie? Poskarżysz swojemu szefowi? - skrzyżowała ręce na piersi, patrząc mi wyzywająco w oczy.
- Okej, zacznę inaczej. Powiesz chociaż jak się nazywasz, bo zdaje się, że ty znasz już moje imię. - odparłem wyraźnie poirytowany, z zabójczą miną.
- Brzmisz jakby to było przesłuchanie. Hailey. - burknęła z niechęcią. - Tyle ci wystarczy. Chcę wiedzieć, co się tu właściwie dzieje, i dlaczego jestem inna od reszty, więc uniknijmy uprzejmości, bo to ostatnie, czego się po mnie możesz spodziewać. - powiedziała brunetka, unosząc prawą brew.
- W tym miejscu nie jesteś inna, wręcz przeciwnie. Wszyscy jesteśmy tacy, jak ty. Właśnie po to powstało to miejsce. Żeby przygotować takich jak my, do walki ze złem, czyli w tym przypadku zarażonych złym wirusem. Nasz przypadek nazywa się dobrym wirusem, bo posiadanie dodatkowej siły, zwinności i inteligencji, oraz, co najważniejsze, skrzydeł, nie jest czymś złym, prawda? - mówiąc to, nieco złagodniałem, po czym z ulga wypuściłem powietrze z płuc.
- Więc szkolą nas do pokonania wirusa, żeby ludzkość znowu mogła być wolna. Dość logiczne. - stwierdziła Hailey.
- Szybko łapiesz, dość niespodziewane. - uniosłem prawą brew, z wyraźnym zainteresowaniem.
- To miał być komplement? Coś chyba nie wyszło. - odparła z rozbawieniem, po raz kolejny rzucając mi wyzywające spojrzenie. Cóż, dwa dominujące charaktery to nic dobrego.
- Sama oceń. Nie jestem na tyle płytki, by podrywać dziewczyny przy pierwszym spotkaniu. - wzruszyłem ramionami, po czym odwróciłem się na pięcie i odszedłem parę kroków. - Idziesz, czy będziesz tu tak stać? - zapytałem, nadal odwrócony.

Hailey?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Hailey do Olivera

Przenieśliśmy się na Brooklyn, kiedy miałam osiem lat. Dokładnie to pamiętam. Wujek kupił loft w jednym z prefabrycznych budynków i stał się on moim nowym domem. W te dziesięć lat poznałam go do samych trzewi. Szybko zauważyłam, że jestem inna od moich rówieśników, których nie było wielu. Zapamiętywałam więcej, uczyłam się szybciej, byłam szybsza, silniejsza i zwinniejsza. Wujek, bo tak zwykłam nazywać Harry'ego, tłumaczył to skłonnościami i zdolnościami do przystosowania się, które wraz z katastrofą, która miała miejsce sześćdziesiąt lat temu, nabyły kolejne generacje. Nigdy nie śmiałam w twarz podważyć słów wujka, jednak w głębi ducha mu nie wierzyłam. Prawdę mówiąc to nikomu, nigdy do końca nie wierzyłam. Sprawa skomplikowała się, kiedy skończyłam szesnaście lat, ponieważ wtedy moje umiejętności rozszerzyły się o zmianę w coś anioło podobnego. Czy spanikowałam? Nie, dopiero wtedy wszystko zrozumiałam. Zrozumiałam, że plotki o niezwykłych ludziach, którzy mają ochornić pozostałości ludzkiej cywilizacji istnieją... i jestem jedną z nich. Wtedy przyparty do ściany wujek nie mógł zrobić nic innego, jak zabrać mnie na jakąś ceremonię. Grunt w tym, że po bólu jakbym miała ogień zamiast krwi i pojawieniu się na mojej dłoni znaku czerwonego sztyletu, ktoś nazwał mnie Buntownikiem. Niby od razu został uciszony przez Harry'ego, jednak ułamek sekundy pozwolił mi na zarejestrowanie tego i od tamtej chwili czekałam na odpowiednią chwilę. Nadarzyła się dokładnie dwa lata później. Na Brooklynie jest wiele ludzi, którzy mają wiele różnych informacji, nawet o tajnych ośrodkach czy to rządowych czy nie.
Dochodziła czwarta w nocy. To był jeden z tych dni, w których nawet jeśli bym chciała to bym nie zasnęła. Zwiesiłam nogi z łożka, a po chwili moje stopy spotkały się z chłodem mahoniowych paneli w moim pokoju. Bezdźwięcznym krokiem podeszłam do szafy z której wyciągnęłam niezwykle pakowny plecak, którzy kupiłam podczas podróży do Indii. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Spakowałam do niego najpotrzebniejsze rzeczy, trochę ubrać, drugie glany, sportowe obuwie i wszystko co przyszło mi do głowy i się zmieściło. Wzięłam w dłoń inną parę glanów i ostatni raz omiotłam wzrokiem mój pokój. Wyszłam z pokoju i przeszłam przez całe mieszkanie zatrzymując się tylko raz, przy gabinecie wujka. Siedział za biurkiem, a lampa oświetlała żółtawym światłem jego zmęczoną twarz. Pracował. To nie twoja wina Harry. To niczyja wina - pomyślałam i ruszyłam do wyjścia, gdzie zwinęłam jeszcze z szafki rękawiczki i długi czarny płaszcz z wieszaka. Cicho wymknęłam się na klatkę schodową. Dopiero tam założyłam glany i dudniąc zeszłam po schodach i wyszłam na dwór. Zimny wiatr uderzył we mnie, rozwiewając mój płaszcz. Szybko go zapięłam i ruszyłam na północ. Nowy Jork to największe kłębowisko zarażonych ludzi, co znaczy najniebezpieczniejsze miesjce na świecie. Nic tutaj nie działa. Komunikacja miejska umarła wraz z większością ludzi. Miasto wygląda jakby było w symbiozie z lasem, drzewa i rośliny są wszędzie. Trzeba wszędzie iść pieszo, a nie jest to najmniejsze miasto jakie widziałam. Dopiero za miastem ktoś się napatoczył i podwiózł mnie kilkanaście kilometrów. Kiedy wreszcie wysiadłam, poczekałam aż odjedzie i skręciłam w leśne odmęty. Było koło południa, strasznie długo zeszło mi się, zanim opuściłam samo miasto. Teoretycznie mogłabym iść drogą, ale w dziczy było bezpieczniej, ponieważ tutaj zagrażały mi tylko zwierzęta, a jak wiadomo zwierzę zabija szybko, a nie z okrucieństwem jak człowiek. Pośród drzew unosiła się delikatna mgła, która jednak wystarczała, aby ograniczyć mi widoczność. Gałęzie trzaskały pod moimi ciężkimi butami, a wokół panowała cisza zagłuszana tylko odgłosem moich kroków, cichym śpiewem ptaków i szumem koron drzew. Myślałam tylko o tym by iść i nie zatrzymywać się. Zatrzymanie to zawahanie, okazja do ataku, a w tym świecie trzeba być na to zawsze gotowym.
Nagle coś mignęło między drzewami, jakby światło słoneczne odbite od szkła. Nieco szybszym krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Kilka metrów w bok ciągnęła się leśna droga, więc postanowiła na nią wyjść. Po kilku minutach moim oczom ukazała się brama ze szkła. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu, była szesnasta. Ciekawe jak bardzo w kółko się kręciłam, żeby tutaj dotrzeć. Nim podeszłam do samej bramy, usłyszałam kominukat Zatrzymaj się, co po chwili, niechętnie zrobiłam. Dość długo tam stałam, czekając aż wreszcie coś się ze mną stanie. Po pewnym czasie brama się rozsunęła i wyszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku. Był on elegancko ubrany i sądząc po jego pewności siebie, miał wysokie stanowisko w Ośrodku.
- Dzień dobry - odparł stojąc kilka metrów ode mnie. Boi się? - Nie przywitasz się? - nie odpowiedziałam. Nie miałam na to ochoty. Po chwili mężczyzna podszedł bliżej i przyjrzał mi się wnikliwie. Jego wzroku zatrzymał się na kilka sekund na moich oczach. - Jak się nazywasz?
- Hailey Draxler - odparłam spokojnie.
- Tak myślałem, jesteś bardzo podobna do matki, a z charakteru to do ojca.
- Znał pan ich? - przymrużyłam oczy.
- Można tak w pewnym sensie powiedzieć. Wiesz do kogo należysz?
- A jak pan myśli? - nadal mówiłam niezmąconym żadną emocją głosem.
- Poślij po Olivera, niech coś z nią zrobi - powiedział do strażnika stojącego za nim. - Uciekłaś z domu?
- Jestem pełnoletnia, więc nie nazwałabym tego ucieczką, tylko kulturalnym opuszczeniem go - zza bramy wyłonił się trochę wyższy od niego chłopak, który obrzucił mnie niezbyt zainteresowanym spojrzeniem, czym zresztą się odwdzięczyłam.
- Oliver, zajmij się nią. To nowa z twojej rasy. Pewnie jesteś głodna, kochana.
- Głodna to i może, ale na pewno nie kochana - mruknęłam.
- Mamy pyszną kaczkę na obiad.
- Cudownie - odparłam. - Jestem wegetarianką - stojący za nim chłopak prychnął.
- Wszyscy musicie tacy być? - zapytał mężczyzna.
- Niczyja w tym zasługa i niczyja wina - odparłam. - Nie przyszłam tutaj po ciepełko i rodzinkę.
- A po co? - po raz pierwszy Oliver, jak dobrze pamiętałam się odezwał.
- Po odpowiedź na pytanie, które zadaję sobie od lat... kim jestem.

Oliver?

Camryn Natalie


IMIĘ: Camryn Natalie
KSYWKA: Cam
NAZWISKO: Farewall
WIEK: 19 l.
PŁEĆ: Kobieta
ORIENTACJA: Hetero
GŁOSAvril Lavigne
PRZYNALEŻNOŚĆ: Buntownicy
RANGA: Odludek
PARTNER: Brak.
RODZINA:
Joshua Farewall – ukochany ojciec, który jest wzorem do naśladowania przez córkę. Jeden z wyższych rangą strażników instytutu. Nawet jeśli nie ma czasu dla swoich dzieci, w każdej wolnej chwili spędza z nimi czas, gdyż chce, by jego dzieci miały normalny kontakt z rodzicem. Mimo iż wygląda na surowego i chłodnego człowieka, wewnątrz jest miłym i ciepłym człowiekiem.
Anne – Marie D’Agosta – miła kobieta, która przejęła pełnienie roli matki dla dzieci swojego męża. Mimo, iż sama dzieci mieć nie może, Camryn i Hamiltona traktuje jak swoje własne. Kardiolog w instytucie.
Hamilton Chase Farewall– starszy brat Camryn oraz pierworodny syn państwa Farewall. Narwany, pełen energii młody mężczyzna, który od małego postawił sobie za cel, pilnowanie swojej młodszej siostruni.
Samantha West – biologiczna matka Camryn i Hamiltona. Niedługo po narodzinach dzieci, opuściła swojego męża. Papiery rozwodowe zostały złożone do sądu po tym, jak wydała się jej zdrada z wiele młodszym mężczyzną.
APARYCJA: Można powiedzieć, że matka natura dla Cam była łaskawa. Posiada wspaniałe oczy, które zawsze przykuwają wzrok osób trzecich. Pewna zmiana genetyczna spowodowała różnobarwność tęczówek. Lewe oko jest w głębokiej szarości, zaś prawe ma kolor zielony. Brązowe włosy są naturalnie pofalowane, sięgają do łopatek. Często nie chcą współpracować. Ma zdrową, jasną cerę. Jasne usta, idealnie współgrają z jasną cerą. Długa blizna ciągnie się po jej klatce piersiowej, na której i tak jest już wiele, jak i też na ramionach. Są to pozostałości po szalonych przygodach z dzieciństwa. Twierdzi, że jest „płaska” często nazywa siebie „deską”. Oczywiście to nieprawda. Jej figura jest wprost idealna, ale próby przekonania jej do jakichkolwiek sukienek kończą się fiaskiem. Rzadko kiedy się maluję. Podkreśla rzęsy czarnym tuszem. Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest chuda. Nigdy nie można jej zobaczyć w sukience, czy spódnicy. Spodnie nałogiem. Nie trawi pastelowych kolorów na ubraniach. Zazwyczaj ubiera się w ciemne ubrania.
ZNAKI SZCZEGÓLNE: Wyróżniają ją różnobarwne tęczówki.
CHARAKTER: Mieszanka wielu cech charakteru. Mimo swojej śmiałości, dziewczyna zazwyczaj stoi na uboczu. Czasem spokojna i wyniosła, innym razem psotnica. Jej humory potrafią się zmieniać z minuty na minutę. Wredna? Tak, jak najbardziej. Lubi dręczyć innych, jednak z umiarem. Czasem gdy ktoś wyprowadzi ją z równowagi, jest porywcza i nie kontroluje słów, które wyjdą z jej ust. Jest silna psychicznie i fizycznie, lecz czasem ma stany załamania. Nie jest potworem, wypranym z uczuć. Nie lęka się przeszkód i trudów. Jest zaborcza i przekorna, despotyczna zarówno dla siebie, jak i dla otoczenia. Odpowiada na wszelkie ataki w sposób, który może zbić z tropu. Gdy postawi sobie jakiś cel, zrobi wszystko, by go osiągnąć. W każdym przypadku pragnie rządzić. Jeśli ktoś nie ma uczciwych bądź jasnych zamiarów w stosunku do niej, lepiej niech zejdzie jej z drogi. Cechuje ją duża samodzielność i zaradność. Nie jest wylewna, obserwuje czekając, aż inni zrobią pierwszy krok. Dziewczynę cechuje także inteligencja oraz to, że potrafi zachować zimną krew w różnych sytuacjach. Jest natomiast rozsądna, lecz lubi na swojej skórze, poczuć dreszczyk emocji i niebezpieczeństwa. Często wpada w tarapaty. Na jej twarzy często widnieje uśmiech. Inteligentna. Zawsze z opresji wychodzi cało. Wina zawsze spada na drugą, niewinną osobę. Gdy ktoś zajdzie jej za skórę, ona nie ręczy za siebie. Długo mści się za zadane jej krzywdy. W swoim marnym życiu nasłuchała się wielu rzeczy na swój temat. Najwięcej tych obraźliwych, więc uodporniła się na zaczepki innych. Sprytna i przebiegła. Zawsze odnajdzie słabą stronę przeciwnika. Jest też dusza towarzystwa. Zawsze wszystkich rozśmieszy do łez. Wkurzanie innych to jej hobby. Czasem przyjaciele mają jej dość, po długim spędzonym wieczorze. Na nią gniewać się długo nie da. Czasem potrafi stanąć w obronie słabszych.
INNE:
- Uzależniona od nikotyny
- Nie gardzi sportem. Bieganie, gimnastyka i koszykówka, to jej żywioły.
- Nie wzrusza ją widok krwi, chyba, że to jej bliscy
-Bandaże nosi by ukryć kilka blizn i ran związanych z treningiem
-Jej ulubionym kolorem jest niebieskim
-Idealna aktorka
-Kocha czytać książki
-Lubi denerwować innych jak mu wolno, ale stara się nie przesadzać
- Ma dobrą pamięć.
-Każdy tatuaż symbolizuje dla niej coś ważnego
-Mimo, iż uchodzi za lenia, lubi się uczyć, co sprawia jej przyjemność. Wolny czas przeznacza na uprawianie sportu. Wiele czasu przeznacza na grę w kosza, czy bieganie. Gimnastyką też nie pogardzi. Czasem poćwiczy boks ze swoim bratem. Przez pewien okres swojego życia, pasjonowała się mechaniką. Razem z bratem i pomocą ojca, przez trzy lata naprawiała stare Camaro, by wydobyć z tego cacka jego przeszłe piękno. Pasjonatka dobrego jedzenia. Wrodzony talent do gotowania, odziedziczony po swojej babci. Beztalencie artystyczne. Kocha słuchać muzyki… Rock Życiem!
- Jej skrzydła.
 
WŁAŚCICIEL: marchewka771@gmail.com